Symulacja radioterapii

W poprzednim poście mogliście przeczytać, że muszę jednak mieć radioterapię. Zanim rozpocznie się to leczenie trzeba mieć symulację – właśnie po to wczoraj byłam w Centrum Onkologii. Dowiedziałam się, że moja radioterapia będzie trwała około 4 tygodni i pierwsze naświetlanie mam 16.05. Chemioterapię zostawiam za sobą i teraz na blogu zaczynam cykl wpisów na temat radioterapii – o co w tym chodzi, skutków ubocznych itp.. Troszkę zbierałam informacji od Was też na ten temat już od dawna, bo pisaliście mi, że chcielibyście o tym przeczytać, przejdę to teraz na własnej skórze, więc jeszcze lepiej postaram się to wszystko Wam opisać.

Na Facebook’u i Instagramie, ale też jak widzicie tu – dodałam zdjęcie żółwi. Nie bez przyczyny. W zakładzie radioterapii Centrum Onkologii w Warszawie pływają sobie żółwie. Mają na celu chyba uspokoić pacjentów i trochę dać rozrywki, mimo tego, że nie są żwawe, tylko leniuchują, jak to na żółwie przystało. No ale przejdźmy do konkretów.

 Teraz po kolei… czym tak w skrócie jest radioterapia.

Radioterapia to jedna z metod leczenia nowotworów złośliwych. W radioterapii wykorzystywane jest promieniowanie X, jest to promieniowanie jonizujące. Oznacza to, że w naświetlonej tkance powstają jony (czyli tak na chłopski rozum pierwiastek bez elektronu, elektron to taka składowa pierwiastka). Ten elektron z pierwiastka musi się gdzieś podziać, no i tu się dzieje cała magia. Takie wolne elektrony tworzą wolne rodniki, czyli bardzo niestabilne cząsteczki, które są baaaardzo aktywne chemicznie. Pewnie słyszeliście już kiedyś o wolnych rodnikach – że są one szkodliwe, bo psują DNA w komórkach. No i właśnie o to chodzi. Wolne rodniki docierają do DNA komórek nowotworowych i po prostu niszczą je, w związku z czym, cała komórka jest już do niczego i po prostu ulega zniszczeniu. To promieniowanie uszkadza szybciej komórki nowotworowe niż te zdrowe, dlatego to zjawisko wykorzystano właśnie w celu leczenia nowotworów.

Pojedyncze naświetlanie trwa kilka, kilkanaście minut, ale takie naświetlania należy powtarzać. Zależnie od nowotworu, od miejsca naświetlania i wielu innych czynników ustala się dawkę promieniowania, która jest wyrażana w Grejach (Gy). W przypadku mojego nowotworu dawka całkowita w trakcie całej radioterapii to około 30Gy. Nie można podać takiej dawki w ciągu jednego naświetlenia. Jednorazowe naświetlenie to dawka od 1,8 – 2,5 Gy (to też zależne jest między innymi od obszaru naświetlania itp.), dlatego łatwo policzyć ile będzie się miało dni naświetlania. Dawkę całkowitą należy podzielić przez dawkę frakcyjną (jednorazową). U mnie wychodzi 17 dni (zakładając najniższą dawkę), ale należy pamiętać, że naświetlania robi się 5 dni w tygodniu bez weekendów.

O skuteczności, efektach ubocznych i innych ważnych rzeczach będę pisała w kolejnych osobnych postach. Dziś zajmiemy się tym, czym jest symulacja radioterapii.

Symulacja polega na dokładnym wymierzeniu obszaru naświetlania – napromienianie musi być za każdym razem w tym samym miejscu, wymierzanie polega po prostu na tym, że kładziemy się na stole, nad którym jest taka jakby duża okrągła lampa, która ma jakieś różne cyferki i kreski, potrzebne technikom do wymierzenia wszystkiego. Naświetlanie musi być bardzo dokładne. Między innymi przez to pacjenci są tatuowani. Tak, dobrze przeczytaliście. W czasie mierzenia tego obszaru, technicy rysują krzyżyki markerem na ciele, trzy, cztery, różnie to bywa. Wszystko zależy od obszaru napromieniania między innymi. Potem w środku krzyżyka robi się permanentny tatuaż. Nie jest to bardzo bolesne, ale trochę nieprzyjemne. W teorii podobno można się na to nie zgodzić, ale mnie się o zdanie nikt nie pytał, haha. 😉 Niestety to nie jest tak jak sobie wyobrażacie, że zasiada wytatuowany przypakowany facet w czarnych nitrylowych rękawiczkach ze sprzętem do robienia tatuaży i robi Wam dziarę. Zamiast tego przychodzi przemiła pani pielęgniarka, która robi tatuaż po prostu pojedynczą igłą. Tatuaż to po prostu pojedyncza kropka, z daleka wygląda po prostu jak pieprzyk. Prosiłam o wytatuowanie wielkiego smoka, ale pani pielęgniarka nie była skora do tego niestety, hahaha. Poniżej macie zdjęcia moich trzech tatuaży. Jeden – przy bliźnie po biopsji otwartej, to miejsce naświetlania. Po bokach pod pachami tatuaże służą po to, żeby laser wyznaczył linię, żeby potem łatwiej było zrobić symetrię.

Następnym krokiem w symulacji jest kontrolna tomografia, bez kontrastu. Nie zawsze jest to potrzebne. Zależy to od miejsca naświetlania. Generalnie w tym czasie technicy przesuwają pacjentem po stole tak, żeby było równo, ładnie, pięknie. 😉

W niektórych przypadkach konieczne jest zrobienie maski. Maskę robi się po prostu przykładając do pacjenta taką siatkę na ciepło, dopasowuje się ona do ciała. Co każde naświetlenie nakłada się taką maskę, przyczepia się ją do stołu po to, aby pacjent się nie ruszał. Wiadomo, że każdy zagwarantuje, że się nie będzie ruszać, ale są też mimowolne ruchy ciała, przed nimi właśnie chroni maska. To czy będzie maska czy nie, zależy m.in. od obszaru naświetlania.

na-czym-polega-radioterapia
źródło: https://www.zwrotnikraka.pl/na-czym-polega-radioterapia/

Na tym polega symulacja. Nie trwa to długo. Mi w sumie zeszło 1,5h w szpitalu, więc też schodzi raz, dwa. W tym czasie też lekarz prowadzący powinien Was poinformować kiedy dokładnie macie pierwsze naświetlanie i powinniście mieć zrobione zdjęcie i wyrobiony identyfikator. Niekiedy trzeba powtórzyć symulację, ale to już zależy od lekarza.

Radioterapia jest bezbolesna, nie leje się krew i przede wszystkim jednorazowe naświetlenie trwa bardzo krótko. O tym jak wygląda sam dzień radioterapii napiszę Wam za 2 tygodnie, bo wtedy radioterapię rozpoczynam.

A jak wyglądała Wasza symulacja radioterapii?

O opiece stomatologicznej u pacjentów onkologicznych

Czas poruszyć bardzo ważny temat, o którym niewielu chorych wie, a i lekarze nie zawsze o tym wspomną – opieka stomatologiczna w czasie leczenia.

Tak jak pisałam już wieeele razy, chemioterapia wpływa nie tylko na nowotwór, ale też na cały organizm – w tym jamę ustną. Mowa tu też o radioterapii okolic głowy i szyi. O pieczeniu jamy ustnej już pisałam posta, możecie go przeczytać tu, ale tego jest dużo dużo więcej.

W tym poście opiszę Wam, dlaczego tak ważne jest chodzenie do stomatologa przed, w trakcie i po chemioterapii (ale też po radioterapii, będę odnosić się głównie do chemii, bo z tym mam najwięcej wspólnego, ale większość pokrywa się w obu przypadkach).

Zacznijmy od tego jak wpływa leczenie onkologiczne na jamę ustną.

Poza tym, że w związku z upośledzeniem funkcji szpiku kostnego dochodzi do zmniejszenia liczby białych krwinek (odpowiedzialnych za odporność), ale też erytrocytów i płytek krwi, czyli jesteśmy bardziej podatni na infekcje, to niektóre rodzaje chemioterapii są toksyczne dla tkanek jamy ustnej.

Wszystkie problemy jamy ustnej z jakimi mogą się spotkać pacjenci onkologiczni mogą utrudnić leczenie – poza tym, że pacjent ma gorsze samopoczucie, to jeszcze mogą wyjść poważniejsze problemy, które mogłyby spowodować przesunięcie chemii. Najczęstsze problemy to:

  • Stany zapalne błony śluzowej – może im towarzyszyć ból i pieczenie jamy ustnej, przez to też traci się apetyt, ponieważ jedzenie sprawia nam po prostu ból.
  • Infekcje bakteryjne, wirusowe, grzybicze – mogą prowadzić do stanów zapalnych błony śluzowej, są spowodowane głównie tym, że w trakcie leczenia onkologicznego jest bardzo obniżona odporność (trochę więcej o tym w poście o badaniach krwi), ale też uszkodzeniem błony śluzowej.
  • Suchość błony śluzowej jamy ustnej – utrudnia to jedzenie, mówienie, ale też zwiększa ryzyko uszkodzenia błony śluzowej jamy ustnej, a co za tym idzie – infekcji, a także próchnicy.
  • Ból jamy ustnej spowodowany wpływem leków (przede wszystkim grupy leków nazywanych alkaloidami Vinca/barwnika różyczkowego – winkrystyna i winblastyna np.) na nerwy (neurotoksyczność).
  • Szczękościsk – dotyczy radioterapii okolic głowy i szyi, w jej wyniku mięśnie tracą elastyczność.

Jak widać trochę tego jest, a to tylko jama ustna, nasilenie i czas trwania danych problemów jest bardzo indywidualny, zależy od pacjenta, ale też od sposobu i metod leczenia. Te skutki uboczne nie należą do najprzyjemniejszych, uwierzcie mi na słowo – czasami boli tak, że ciężko jest mówić, albo jeść. Najgorzej jest na etapie, kiedy jest się już naprawdę na maxa głodnym, ale nie da się nic zjeść bo to boli. Na szczęście można temu zapobiec, wiadomo, czasami nawet profilaktyka nic nie daje – u mnie niestety się nie udało, ale przezorny zawsze ubezpieczony!

Przed leczeniem

Najlepiej, jeśli to możliwe, pójść do stomatologa miesiąc przed rozpoczęciem leczenia – wiadomo, że czasami nie ma się aż tyle czasu, bo zazwyczaj od diagnozy do pierwszego kroku w leczeniu mija krótka chwila i często nie ma na to aż tyle czasu, ale nawet jeśli to kilka dni i uda Wam się wcisnąć wizytę u stomatologa, to na pewno warto jest skorzystać.

Dlaczego tak długo przed chemią/radioterapią należy wybrać się do stomatologa? Przede wszystkim dlatego, że stomatolog musi mieć wystarczająco dużo czasu na wdrożenie leczenia w razie potrzeby, a także potrzeba czasu na zagojenie się ran/miejsca leczonego.

Trochę zaczęłam od tyłka strony, bo nie napisałam w ogóle dlaczego trzeba pójść do dentysty PRZED leczeniem.

Nie ukrywajmy – do dentysty zazwyczaj chodzi się już jak coś boli, albo żeby usunąć zęba, niewiele osób chodzi regularnie, dlatego jest możliwe, że macie coś do leczenia – w trakcie chemioterapii może się pogorszyć sytuacja, zrobi się większy ubytek, coraz większy ból zęba i wiele wiele innych, a wtedy niestety powinno się odstąpić od leczenia np. zęba, bo trzeba przekładać kolejne chemie itp..

Jeśli macie radioterapię i naświetlana będzie głowa i szyja i macie aparat stały na zębach, warto się dowiedzieć, czy nie powinniście go zdjąć na czas leczenia.

Ponadto stomatolog może Wam polecić wszelkie specyfiki jakie możecie stosować w trakcie chemii, tak w ramach profilaktyki.

W trakcie leczenia.

Dziąsła i zęby stają się bardzo delikatne w trakcie chemii. Jest kilka rzeczy, które należy wiedzieć. Na pewno to, że trzeba zmienić szczoteczkę, na najbardziej miękką jaką możecie znaleźć. Poza tym, pasta do zębów nie powinna być zbyt… miętowa? Haha. Chodzi o to, żeby po prostu kupić sobie jakąś pastę do zębów, która jest przeznaczona do wrażliwych zębów. Poza tym pisałam trochę o różnych płukankach i sposobach radzenia sobie z różnymi bólami, problemami jamy ustnej w trakcie chemii, możecie o tym przeczytać w tym poście.

Jeśli coś dzieje się poważniejszego niż jakieś bóle i sposoby „domowe” nie dają rady, skonsultujcie sprawę ze swoim onkologiem – najlepiej, żeby stomatolog dostał zielone światło od lekarza prowadzącego, wtedy będzie wszystko bezpiecznie i ładnie.

KONIECZNIE powiedzcie swojemu stomatologowi o tym, że jesteście w trakcie leczenia onkologicznego!!! Nie każdy zapyta, a to bardzo ważne.

Na pewno NIE WOLNO usuwać zębów w trakcie leczenia onkologicznego (w bardzo wyjątkowych sytuacjach można) – a to wda się infekcja, a to pojawi się małopłytkowość, przez którą możecie stracić bardzo dużo krwi, do tego stopnia, że może być stan zagrożenia życia.

W trakcie leczenia onkologicznego dentysta ma trochę związane ręce, chyba, że to jakaś bardzo poważna sprawa i po prostu TRZEBA się tym zająć już teraz, dlatego tak ważna jest profilaktyka.

Ponadto, w przypadku radioterapii, dobrze jest zapytać swojego stomatologa o nakładki na zęby, na które nałożyć można żel Elmex i nadkładać tak przygotowane nakładki na czas naświetlania, jeśli obszar obejmuje głowę i szyję.

W międzyczasie warto jest też odwiedzić stomatologa tak w razie czego, żeby nawet tylko spojrzał, czy wszystko jest w porządku.

Ponadto zapraszam Was do przeczytania komentarza Gabrieli pod tym postem – to studentka stomatologii, która opisuje jak to wygląda ze strony stomatologów, jeśli chodzi o leczenie pacjentów onkologicznych. 🙂

Po leczeniu.

Ja poleciałam 3 tyg. po ostatniej chemii do stomatologa, to trochę za wcześnie, ale ja mam troszkę problemów z dziąsłami. Normalnie powinno się poczekać na moment kiedy ma się lepsze wyniki krwi. Z początku może być lekka leukopenia i wtedy trzeba na siebie uważać, ale od pewnego momentu leukocyty powinny zacząć wzrastać (jeśli nie, to zgłoście to swojemu lekarzowi) i wtedy już można sobie bezpiecznie wybrać się do stomatologa – w razie czego warto jest mieć przy sobie najnowsze wyniki badania krwi (o badaniach krwi więcej przeczytacie tu), żeby stomatolog sobie zerknął czy może działać. 😉

Po radioterapii głowy i szyi regularne wizyty u stomatologa to według mnie konieczność. Jak tylko skończycie leczenie zapytajcie swojego onkologa kiedy możecie wybrać się do dentysty.

Pamiętajcie, że nie wystarczy, że pójdziecie kilka razy w roku do stomatologa i tyle, chemioterapia i radioterapia mają skutki uboczne pojawiające się po wielu latach nawet, więc warto jest korzystać z pomocy stomatologa regularnie!

Bardzo ważna jest współpraca lekarza prowadzącego i stomatologa – najlepiej jeśli stomatolog ma do czynienia z pacjentami onkologicznymi. Zapytajcie swojego onkologa, czy kieruje swoich pacjentów do konkretnego dentysty, wtedy macie pewność, że traficie w dobre ręce. Oczywiście nie jest to konieczność, każdy stomatolog powinien Wam potrafić pomóc.

Tu też apel do osób niechorujących – naprawdę, stomatolog nie gryzie! Lepiej kontrolować i zapobiegać niż leczyć, dlatego od czasu do czasu warto jest zadbać o swoje ząbki u dentysty i dbać o nie na co dzień.

Dziękuję mojej kuzynce Ani – pani stomatolog, która sprawdziła czy nie popełniłam żadnego babola. 😀

Miłej niedzieli!

Fakty i mity

„Nowotwór = rak” – MIT

Wiele osób stosuje te terminy zamiennie, wydaje mi się, że już nawet w potocznie weszło wszystkim w nawyk używanie terminu rak jako większość chorób onkologicznych. Wyjaśnię Wam o co w tym chodzi.

Nowotwór to jest taka nieprawidłowa tkanka, która może powstać nawet z jednej nieprawidłowej komórki naszego organizmu – ta komórka dzieli się niekontrolowanie w wyniku mutacji np. niektórych genów. Te mutacje nie są od nas zależne, są jedynie czynniki, które zwiększają ryzyko takich mutacji, dlatego najlepiej je ograniczać (jeśli chcecie to napiszę też pościk na ten temat). Wyróżniamy nowotwory łagodne i złośliwe. Nie wszystkie leczy się chemioterapią, czy radioterapią. Nowotworów jest cała masa.

Rak jest to grupa nowotworów, które powstają z tkanki nabłonkowej! Jest to jedna z grup nowotworów złośliwych. Są to np. raki płaskonabłonkowe, gruczolakoraki (tu należy np. rak sutka). Tu leczenie wygląda tak, że pacjent poza chemioterapią, radioterapią jest też poddawany zabiegowi chirurgicznemu, w którym wycina się guza (albo zmniejsza się go).

Jak widzicie, nie każdy nowotwór jest rakiem, ale każdy rak jest nowotworem. Używanie tych pojęć zamiennie jest BŁĘDNE!

Chłoniak Hodgkina wywodzi się z komórek krwi, a nie komórek nabłonkowych, więc jest nowotworem. Kiedy pisaliście do mnie wiadomości, czy komentarze i używaliście terminu „rak”, nie poprawiałam Was, nie poprawiam też nikogo jeśli w rozmowie ze mną użyje tego określenia, ponieważ przyjęło się w języku potocznym, że mówi się tak, a nie inaczej, dlatego nie złoszczę się ani nie obrażam na kogoś kto tak mówi, haha.

„Jak ktoś w rodzinie miał nowotwór, to ja też będę go mieć” – FAKT i MIT

5-10% nowotworów jest dziedziczne. Jednak nie jest to tak, że jak np. babcia miała raka trzustki, to ja będę miała chłoniaka Hodgkina. Nie. Są to zupełnie inne rodzaje nowotworów, o zupełnie innym pochodzeniu.

Nie sam nowotwór jest dziedziczny, a po prostu zwiększone ryzyko na nie.

Dziedziczne nowotwory, to np. rak piersi, jednak tu też jest kilka rodzajów tego nowotworu. Ten dziedziczny występuje najczęściej w młodym wieku, dlatego, jeśli dziewczyna zostaje zdiagnozowana z rakiem piersi w wieku np. 22 lat, to należy pomyśleć o badaniach genetycznych, bo to właśnie ten rak piersi może być dziedziczny. Nie jest to też 100%, że dziecko takiej pani będzie kiedyś też miało nowotwór piersi. Po to robi się badania genetyczne, żeby sprawdzić to prawdopodobieństwo. Nie dotyczy to tylko sytuacji kiedy ten nowotwór przychodzi w młodym wieku, ale też później – pamiętacie Angelinę Jolie? Ona zrobiła podwójną mastektomię (operację usunięcia piersi), ponieważ genetycznie była obciążona zwiększonym ryzykiem.

Innymi nowotworami, są np. rak jajnika, rak jelita grubego. Więcej informacji o tym znajdziecie tu.

Dlatego właśnie jeśli jakiś członek Waszej rodziny miał jakiś nowotwór, to warto jest zwracać na to uwagę w swoim życiu i badać się regularnie.

Chłoniak Hodgkina raczej nie jest dziedziczny. Piszę raczej, ponieważ nie jest to jeszcze do końca zbadane – zdarzały się przypadki, że był dziedziczny, ale kiedy zapytałam o to moją lekarz prowadzącą, to powiedziała właśnie, że „raczej nie”.

„W czasie chemioterapii nie można zajść w ciążę” – MIT

Lekarz prowadzący powinien uczulić pacjentkę na to, aby się zabezpieczać w trakcie chemioterapii. Ciąża w tym czasie troszeczkę związuje ręce, bo nie wszystkie leki można bezpiecznie stosować w czasie ciąży, a co dopiero leki z chemioterapii – w związku z tym lekarz musi troszkę pokombinować, żeby leczenie było efektywne, ale jednocześnie, żeby nie skrzywdziło bejbika. Oczywiście są kobiety w ciąży, które są leczone onkologicznie. Często te panie dowiadują się o nowotworze w trakcie ciąży.

Dlaczego kobieta ma się zabezpieczać skoro zatrzymuje się miesiączka? Otóż kobiety mają coś takiego jak owulacja – czyli moment kiedy komórka jajowa (pot. Jajeczko), wychodzi z jajnika i wędruje do jamy macicy – to jest moment, w którym może dojść do zapłodnienia. Obecność owulacji NIE JEST uzależniona obecnością miesiączki. To, że zatrzymuje się krwawienie, nie oznacza także, że owulacja także jest zatrzymana – stąd nadal istnieje prawdopodobieństwo zajścia w ciążę. Oczywiście dotyczy to głównie leczenia nowotworów, które nie działa bezpośrednio na jajnik.

Po leczeniu onkologicznym istnieje ryzyko, że chemioterapia nabroiła za bardzo i nie można zajść w ciążę, ale nie jest to też reguła – to zależy od leków podawanych, a także od samego w sobie organizmu.

,,Po każdej chemioterapii się wymiotuje” – MIT

Po pierwsze – nie każda chemia (sama w sobie) wywołuje wymioty, np. mój zestaw jest mało emetogenny (wywołujący wymioty), ale tu przychodzi punkt drugi – psychika. Strach przed chemią, przed tym czy sprawdzi się właśnie to przeświadczenie, że będzie się wymiotować, powoduje, że nasza psychika słabnie i wymioty możemy mieć na samą myśl o chemii, o szpitalu. W moim przypadku 99% wymiotowania jest spowodowanych psychiką. Skąd to wiem? Bo czasami wymiotuję zanim jeszcze dostanę jakikolwiek lek.

Wymiotowanie po chemii czy w trakcie chemii jest kolejną rzeczą, która jest bardzo indywidualna u każdego pacjenta, nie ma reguły.

„Przy 4 wlewie wypadną mi wszystkie włosy” – MIT!!!!!

Wykrzykniki są nie bez przyczyny. Jedna z Was napisała mi ostatnio, że pani doktor powiedziała, że książkowo traci się włosy po 4 wlewie. Przede wszystkim – nie po każdej chemii traci się włosy, a poza tym tu znowu – indywidualność! Mi zaczęły się przerzedzać z dnia na dzień mniej więcej od 4-5 wlewu, ale znam osoby, które po 3 wlewach obudziły się bez włosów, bo wszystkie zostały na poduszce, więc jak widzicie, tu znowu nie ma reguły. Włosy odrosną, nie czekajcie na to, aż wypadną jak na zadzwonienie budzika, bo to tylko wywołuje stres – wypadną, to wypadną, trudno! 🙂

„Pacjenci onkologiczni są słabi i nie są w stanie ustać na własnych nogach” – MIT (ale troszkę fakt)

Bardzo ale to bardzo dużo osób w trakcie leczenia normalnie pracuje, normalnie funkcjonuje! Oczywiście są pacjenci, którzy muszą leżeć w szpitalu, są słabi i potrzebują pomocy fizycznej drugiej osoby, w końcu skądś musiała się wziąć ta wizja pacjenta onkologicznego. Są dni słabsze, kiedy mamy ochotę się położyć na kanapie i nie ruszać, ale takie normalne funkcjonowanie bardzo pomaga w leczeniu, zarówno pod względem fizycznym, ale także pod względem psychicznym.

Inną rzeczą jakiej ludzie spodziewają się po chorym to to, że jest wychudzony, a z tym jest różnie! Część osób faktycznie chudnie, ale są pacjenci, którzy tyją, nie ma reguły.

W leczeniu onkologicznym są dwie postawy – albo się poddajesz, albo walczysz, nie ma nic pomiędzy, kiedy przychodzę na chemię i widzę dziesiątki osób, zazwyczaj co cykl są to inni ludzie, więc w sumie są to tysiące ludzi, to są ludzie, którzy właśnie walczą. Są to niesamowici ludzie. Ta choroba bardzo uczy pokory, a także doceniania swojego życia – naprawdę tak dużo sympatycznych ludzi, tak życzliwych nie spotkałam nigdzie, jak właśnie w Centrum Onkologii.

Mam nadzieję, że rozwiałam trochę wątpliwości, jeśli macie jakieś pytania, lub mity do obalenia, to piszcie koniecznie!

Miłej niedzieli!

 

Skóra i wszystko co z nią związane

Nie odkryję Ameryki, pisząc, że chemioterapia wpływa także na naszą skórę, a także wszystko co z nią związane – włosy, paznokcie.

Te zmiany, które powoduje chemia są chciane i niechciane jednocześnie.

Skóra

Skóra raczej robi się gładka jak pupcia niemowlaka – w końcu wypadają włosy. Natomiast na twarzy może to być różnie. U części osób pojawia się na twarzy trądzik. Ja natomiast należę do tych osób, które w wyniku chemii pozbyły się wszelkich krostek, wągrów i co tam jeszcze może na twarzy wyskoczyć. Dlatego wiedzy na temat trądziku w związku z chemią nie mam, jednak na pomoc tu ruszacie Wy – jedna z moich czytelniczek przesłała mi nazwę leku, który pomógł jej z trądzikiem w trakcie chemii – Telfexo, jest to lek na receptę. Oczywiście koniecznie pytajcie się swojego lekarza co macie brać, jeśli taki efekt uboczny u Was się pojawi.

W związku z niektórymi rodzajami leków stosowanymi w chemioterapii, mogą pojawić się plamy na skórze, po tym, jak wystawimy się na słońce, dlatego z tym trzeba uważać. Oczywiście mówię tu głównie o słońcu latem, żebyście zaraz po jaskiniach się nie chowali! 😀

Dodatkowo skóra staje się też wrażliwsza niż kiedyś. Poza tym, że mogą się pojawiać czerwone plamy po plastrach, albo np. moja skóra reaguje plamkami czerwonymi na gorącą wodę, za każdym razem. To nie jest nic nadzwyczajnego, jednak warto zawsze się upewnić i zapytać swojego lekarza, czy aby na pewno wszystko jest w porządku.

Moja skóra ani się nie zaczęła przesuszać, ani nie jest tłusta, jest zdecydowanie tak samo jak przed leczeniem, jeśli chodzi o ten temat. Jedyne co, to np. na stopach trochę bardziej łuszczy mi się skóra.

Ogółem mówiąc – bardzo ważna jest higiena. Nie tylko skóry i nie tylko w trakcie chemii. Czasami sama woda i mydło nie wystarczy, naprawdę, szczególnie w przypadku twarzy. 

Jeśli chodzi o kosmetyki, których używam w trakcie chemii, czy to do pielęgnacji, czy to do makijażu – staram się, żeby były jak najlepszej jakości. Do pielęgnacji skóry, czyli jakieś mydła, balsamy do ciała – zdecydowałam się na wyroby naturalne. Przetestowałam naprawdę bardzo dużo ich i wszystkie się sprawdzają, nie zauważyłam żadnych alergii, jedyne co mnie denerwowało, to fakt, że skóra wydaje się bardzo sucha. Mówiłam o tym w filmiku. Dlatego właśnie zamieniłam np. stare dobre mydło biały jeleń na mydło naturalne YOPE. Większość preparatów do pielęgnacji mam właśnie z tej firmy, oczywiście nie musicie od razu kupować tego samego co ja, po prostu to się u mnie sprawdziło w trakcie chemii.
Kosmetyki do makijażu wg. mnie nie powinny być inne niż przed chemią – jednak są to troszkę innego rodzaju produkty, mogą bardziej uczulać, także jeśli macie coś sprawdzonego, co Was nigdy nie uczulało, to najlepszym wyjściem będzie używać tego dalej – mało jest kosmetyków naturalnych do makijażu, które dawałyby efekt taki jaki ja np. bym chciała. Oczywiście jeśli ktoś nie jest tak samo walnięty na punkcie makijażu jak ja, to lekkie podkłady i mascary z naturalnych drogerii powinny wystarczyć, ale dobrze wiecie, że ja kocham makijaż i lubię sobie trochę tapetki na twarz nałożyć, haha. 😀 O kosmetykach jakie używam do makijażu więcej powiem w nadchodzącym filmiku na YouTube, ale ważna kwestia – pamiętajcie, że nakładacie te preparaty na delikatną skórę twarzy, w okolice oczu i ust, więc naprawdę, baaardzo polecam zainwestować w wszelkie „malowidła” – nie zawsze drogie oznacza lepsze, bo zdarzyło mi się wieeele wtop z drogimi kosmetykami, ale w niektóre warto naprawdę zainwestować.

Polecam Wam bardzo aplikację (mam nadzieję, że na Androidzie też jest, na iOS jest na pewno) – CosmeticScan. Ja od kiedy ściągnęłam, to się uzależniłam. To aplikacja na telefon, która pozwala na zeskanowanie kodu kreskowego produktu kosmetycznego i pokazuje ona skład a także listę alergenów, substancji potencjalnie szkodliwych, substancji potencjalnie rakotwórczych, a nawet substancje niewskazane dla kobiet w ciąży. O każdym związku ze składu możecie przeczytać w tej aplikacji. Oczywiście to, że dana substancja jest w składzie, nie oznacza, że od razu Was zaatakuje – skoro produkt został dopuszczony do sprzedaży, to musi spełniać pewne normy, jednak warto jest minimalizować w miarę możliwości te „niedobre” substancje. Tu macie przykład porównania produktu naturalnego z produktem „sklepowym”:

Paznokcie

Chemia oczywiście nie oszczędza też paznokci – czy to u rąk, czy to u stóp. Moje paznokcie u rąk w miarę się uchroniły od wpływu chemii, ale już u stóp niestety nie. Pojawiają się licznie przebarwienia na paznokciach, kolory tęczy, naprawdę. 😀 U wielu osób pojawia się także grzybica paznokci – ja tego nie doświadczyłam, dlatego nie mam na to metody, ale zazwyczaj cokolwiek co się pojawia w trakcie chemii, powinno się leczyć tak, jakby się leczyło jako zdrowa osoba. Z tymi przebarwieniami na paznokciach ja nic nie robię – nie są to stany zapalne, więc nie ma tu czego leczyć, po prostu czekam na koniec chemii, żeby wróciły do normy.

Jedyne co mi doskwiera bardzo często, to zastrzały. Są to ropne stany zapalne przy paznokciu, najczęściej w bocznej części. Niby to tylko palec i mały obszar tego stanu zapalnego, ale boli jak cholera, czasami aż pisać nie mogę długopisem. Najpierw pojawia się zaczerwienienie w miejscu, w którym pojawi się zastrzał. Skóra jest w tym miejscu napięta i charakterystycznie błyszcząca. Po pewnym czasie pojawia się żółta lub biała kropka pod skórą i najlepiej wg mnie jest tego nie ruszać. Mi zawsze samo przechodzi – z tej kropki robi się taki jakby strupek, który odpada. Wtedy oczyszczam miejsce spirytusem np. i nakładam maść antybiotykową (Tribiotic lub Maxibiotic). U mnie pojawiają się samoistnie (albo przez to, że robię sobie paznokcie hybrydowe nadal), mogą się też pojawić w wyniku jakiegoś urazu. Dlatego drogie panie, jeśli w trakcie chemii tak jak ja dalej ciśniecie manicure, to albo róbcie sobie same – cążkami, które są albo odkażone, albo jeśli chodzicie do kosmetyczki, to wybierajcie takie, które sterylizują narzędzia i nie używają np. tych samych pilników czy innych rzeczy przy różnych klientkach. Najlepiej w ogóle nie tykać skórek, nie wycinać ani nie narażać skóry nawet na mikrourazy. 🙂

Włosy

O moich włosach już długi post był – znajdziecie go TU. Ale jest parę kwestii, których tam nie wyjaśniłam.

Przede wszystkim – włosy w trakcie chemioterapii zaczynają odrastać. U każdego w innym czasie, ale odrastają i nie wypadają już później. Mi czupryna rośnie jak szalona.
Zaczęłam używać aktywatoru wzrostu Agafia, ale nie zauważyłam szczerze mówiąc różnicy, kiedy go odstawiłam. Poza tym przez cały czas, czy to miałam długie włosy, czy byłam łysa, czy teraz – stosuję szampony naturalne, albo takie przeznaczone dla dzieci. Mam ich masę, różnych i tak naprawdę nie było z żadnymi wtopy. Ciężko mi nawet wybrać jeden, który mogłabym stwierdzić, że jest najlepszy.

W tym miejscu chciałabym też trochę napisać o perukach. Mamy syntetyczne i naturalne. Pisałam też o tym w poście o włosach. Ja mam 3 peruki syntetyczne (siwą, oraz dwie które sprzedaję – brązową i blond) i jedną naturalną (blond). O peruki rzecz jasna należy dbać. Poza tym, że należy je czesać i nie można ich rzucać gdzie popadnie, tylko najlepiej kupić sobie taką „głowę” na peruki (dostaniecie na Allegro, ja kupiłam swoje za jakieś 20zł), to należy je myć. Mycie polega na tym, że do dużej miski wlewacie letnią wodę, dodajecie do niej trochę szamponu do włosów i w tę mieszankę zanurzacie perukę i myjecie ją, potem wystarczy spłukać. Na perukę naturalną nakładam też odżywkę, ale tylko tak jakby na fragmenty poza czepkiem – zostawiam ją na godzinkę i spłukuję pod wodą. Potem wystarczy albo wysuszyć na szczotkę, albo zostawić, żeby sama wyschła. Trochę to czasochłonne, ale plus jest taki, że takie czary trzeba robić raz na ok. 2 tygodnie (albo rzadziej, wszystko zależy od tego jak często nosicie perukę).

Moja naturalna peruka pochodzi ze sklepu Hair Lab, a syntetyczne peruki z Tukka Hair. Te syntetyczne są naprawdę świetnej jakości – wyglądają bardzo realistycznie. W przypadku peruk naturalnych warto jest je najpierw przymierzyć – jest to bardzo duży koszt i lepiej mieć pewność. W Hair Lab pani, która się zajmowała perukami była bardzo pomocna, pokazała jak się zakłada, mówiła o tym jak dbać itp. Peruki są często na takich siateczkach, więc jak kupicie sobie taką, to możecie uregulować sobie odcinaniem siateczki linię włosów.

Poza włosami na głowie, wypada też reszta włosów – brwi, rzęsy, włosy na ciele. Jeśli chodzi o brwi i rzęsy – więcej Wam opowiem w filmiku na YouTube, na którym będę Wam pokazywać jak maskowałam brak brwi i rzęs. Jeśli chodzi o resztę włosów, to na początku powoli odrastają, a potem w końcu wypadają. Tak samo jak włosy na głowie, odrastają w trakcie chemii. Z tego co wiem, to jakieś depilacje woskiem itp. odpadają raczej w trakcie chemii – przynajmniej tak podsłuchałam na jednej z chemii, haha. 😉

Odrastanie włosów np. na nogach czy rękach może objawiać się taką jakby wysypką u niektórych, ale to normalne i znika po pewnym czasie. Oczywiście skóra okrooopnie swędzi jak zaczynają odrastać, haha. 😀 Na szczęście nie przez cały czas.

Mam nadzieję, że udało mi się rozwiać wszelkie wątpliwości co do poruszonych kwestii. Jeśli macie jakieś pytania, to śmiało piszcie (formularz kontaktowy i komentarze na blogu, Facebooku czy priv na Instagramie).

Czekam też na Wasze opinie – jak Wy sobie radzicie ze sprawami dermatologicznymi w trakcie chemii?

 

Trochę inny post niż zwykle

Zazwyczaj w niedziele pojawia się post z cyklu medycznych, ale tym razem niestety takiego nie będzie.

Jak już pisałam w którymś poście, da się już mocno odczuć działanie chemii – nie mam już takich super dni jak kiedyś, w których zapominałam, że w ogóle mam chemioterapię. Aktualnie najbardziej mi doskwiera wszechobecny ból – nie jestem w stanie nawet zlokalizować gdzie boli mnie najbardziej. Nogi, ręce, plecy, brzuch, kark, nawet palce u rąk mnie bolą… Nie rozczulam się czy coś, tylko najzwyczajniej w świecie to mnie wkurza! Nie mogę zasnąć przez to, ani w ogóle jakoś chodzić więcej niż normalnie. :/

Sukcesem jest to, że w ogóle udało mi się wczoraj zmotywować do tego, żeby się ubrać i pomalować.

Skorzystam z okazji i powiem Wam jak to w ogóle jest z samopoczuciem w trakcie chemii (chyba, że już o tym gdzieś pisałam, to się powtórzę). Zazwyczaj jak ktoś się pyta „jak się czujesz?” i odpowiadam „dobrze”, to to nie jest to samo „dobrze”, które powiedziałabym gdybym była zdrowa. To aktualne „dobrze” oznacza: „jestem w stanie normalnie funkcjonować”. Piszę o tym, bo wielu z Was nie zdaje sobie z tego sprawy. Większość ludzi myśli, że „dobrze” oznacza, że mogę sobie pojechać spotkać się z koleżankami bez problemu… Wiecie, to też nie jest reguła, że każdy w trakcie chemii ma takie odczucia – ja piszę to z mojej perspektywy i u mnie tak to niestety wygląda. Nie było tak od początku rzecz jasna – mniej więcej do 5 cyklu (10 wlewów) czułam się nieźle – nie przez cały czas, ale przynajmniej ten jeden tydzień miałam dobry. Teraz po 14 wlewach (boże jak ta liczba pięknie wygląda, jeszcze tylko 2!) już niestety jak jest jeden dobry dzień, to jest i tak sukces.  Także jeśli macie w swoim otoczeniu kogoś, kto jest chory i jest w trakcie chemii, to pamiętajcie, żeby nie proponować pójścia na imprezę, jak Wam powie, że czuje się „dobrze”, bo to zwyczajnie wkurza.

Jeśli ktoś z Was ma też takie bóle mięśni, kości, niewiadomoczego, to ja używam maści z Diclofenakiem, ale też wypróbowuję właśnie plastry z tym samym związkiem. No nie jest najgorzej, ale nie ma też jakiejś znacznej ulgi… po prostu trzeba zagryźć zęby i przetrzymać.

Dobra, koniec mojego narzekania. Wybaczcie, że taki mało pozytywny ten post, ale niestety nie czuję się za dobrze.

Miłej niedzieli!

Klasyfikacja stopnia zaawansowania chłoniaka Hodgkina

U mnie stwierdzono chłoniaka Hodgkina, stopień IVa. W zakładce po lewej stronie „Chłoniak Hodgkina” znajdziecie tabelę z klasyfikacją oceny stopnia zaawansowania, jednak nie jest ona zrozumiała dla każdego, dlatego w tym poście postaram się Wam to zobrazować najlepiej jak potrafię. 🙂

Zanim jednak przejdę do klasyfikacji wyjaśnię kilka pojęć, które mogą być nieznane dla osób niezwiązanych z medycyną. 🙂

Węzeł chłonny – wielu słyszało, ale co to takiego… Poza naczyniami krwionośnymi (żyły, tętnice) mamy także naczynia limfatyczne – przepływa w nich płyn, który nazywamy limfą, czyli płyn zebrany z komórek ciała. Płyn ten wędruje właśnie przez węzły chłonne – to taki filtr, oczyszcza limfę z obcych cząstek, które dostały się do naszego organizmu. W węzłach chłonnych wytwarzane są także przeciwciała, które pomagają w zwalczaniu drobnoustrojów. W węzłach chłonnych znajdują się też białe krwinki (o nich trochę więcej znajdziecie w tym poście – link do badan krwi). To ich nagromadzenie powoduje powiększenie węzłów chłonnych. Węzły powiększają się z różnych powodów – oczywiście może to być nowotwór, może to być infekcja, mogą się nawet powiększyć przy jakichś problemach z zębami, o których nawet możemy nie wiedzieć. Powiększony węzeł nie jest raczej lekkim wybrzuszeniem – to trochę wygląda jak taka kulka. 😀 Niektóre węzły przy powiększeniu są bolesne, a niektóre nie. Różne źródła mają inne informacje – niektórzy wiążą bolesność węzłów z konkretną chorobą, np. że przy nowotworze są niebolesne, a w przypadku infekcji są bolesne, ale jak wszystko w świecie medycyny – to indywidualne i nie sugerowałabym się tym, ja np. w ogóle nie miałam powiększonych węzłów chłonnych, które mogłabym wyczuć. Przy powiększonych węzłach najlepiej wybrać się do lekarza, który zdecyduje co dalej – może zostać zlecone badanie USG np., które pokaże, czy jest powód do niepokoju, czy nie.

Węzły chłonne znajdują się w skupieniach, np. pod pachami, na szyi, w pachwinach. Znajdują się też mniej powierzchownie – ich powiększenia nie da się zauważyć bez pomocy technologii, mogą być w klatce piersiowej, w miednicy itp. – tam też się powiększają, ale jak już wspomniałam wcześniej, nie da się tego zauważyć bez badania obrazowego, np. tomografii (o tomografii więcej znajdziecie w tym poście).

Zmiana pozawęzłowa – czyli po prostu guz. Może on się pojawić w różnych miejscach – u mnie znajduje się pod grasicą i w pierwotnej formie miał około 30x40mm. Guz składa się z różnych komórek – w przypadku chłoniaka Hodgkina, o dziwo składa się w większości ze zdrowych, prawidłowych komórek organizmu, a komórki nowotworowe stanowią bardzo małą część. Skąd wiadomo, że jest guz? To wszystko widać w badaniach obrazowych – pojawia się cień.

Przepona – duuuży mięsień, który jest ułożony w poprzek klatki piersiowej. Pomaga on nam w oddychaniu i rozdziela tułów na klatkę piersiową i jamę brzuszną.

Dobra, teraz możemy przejść do klasyfikacji. Nie jest ona taka sama we wszystkich źródłach z tego co czytałam w książkach i internecie. Postaram się połączyć te potwierdzone informacje z tymi, które uzyskałam od lekarzy.

W chłoniaku Hodgkina wyróżniamy 4 stopnie zaawansowania.

Stopień I – zajęty jest jeden węzeł chłonny lub jedno skupienie węzłów lub pojedyncza zmiana pozawęzłowa bez zajęcia węzłów chłonnych.

Stopień II – zajętych jest dwie lub więcej grup węzłów chłonnych po tej samej stronie przepony (czyli np. tylko powyżej przepony).

Stopień III – zajęte są węzły chłonne po obu stronach przepony (czyli np. w klatce piersiowej, ale też w jamie brzusznej), może być też zajęta śledziona (narząd znajdujący się po lewej stronie ciała, taki jakby magazyn krwi – to tak w dużym skrócie, haha)

Stopień IV – zajęty jest narząd pozalimfatyczny, węzły, może być też zmiana pozawęzłowa.

U mnie stopień IV wygląda tak, że po pierwsze, miałam zajęty bodajże jeden węzeł w klatce piersiowej, guz w klatce piersiowej, o którym napisałam Wam wyżej, oraz naciek na mostku (to jest to zajęcie narządu pozalimfatycznego).

Poza cyframi rzymskimi, w klasyfikacji mamy coś takiego jak „A” i „B”. Dopisuje się te litery do stopnia, w zależności od tego, czy obecne są objawy ogólne – gorączka, poty nocne, swędzenie ciała. W przypadku obecności tych objawów, dopisuje się literę B, jeśli natomiast tych objawów nie ma, dopisuje się literę A.

Nie jest tak, że któryś stopień jest lepszy, a któryś gorszy. Faktem jest, że wyleczenie w pierwszym rzucie chemii (tak jakby w pierwszym podejściu), jest najbardziej prawdopodobne w przypadku niższych stopni – np. przy I, jest to około 98% nawet… a przy IV już spada do 60%. Są to oczywiście dane statystyczne, więc trzeba na nie przymrużyć oko.

Czy przechodzi się przez wszystkie stopnie? Nie. To nie jest tak, że najpierw rozwija się pierwszy stopień, później drugi i tak dalej… Można od razu „wskoczyć” na trzeci, na czwarty stopień.

Pamiętajcie też, że te same stopnie nie są sobie równe – IVa u jednej osoby może być zupełnie inne niż IVa u drugiej. Może mieć inny przebieg, inną wrażliwość na leczenie. Po raz tysięczny – to jest indywidualne. Może być też przeprowadzone inne leczenie. Wielu z Was pisze do mnie wiadomości ze zdziwieniem, dlaczego np. mam 8 cykli, a nie 6, albo dlaczego rozważana jest radioterapia, albo zastanawiacie się, dlaczego nie miałam np. badania PET w trakcie chemioterapii. Ja sama się czasami zastanawiam, ale odpowiedź jest prosta – do każdego pacjenta podchodzi się indywidualnie i leczenie ustala się zgodnie z wytycznymi, ale też zgodnie z tym co uważa lekarz za słuszne w danym przypadku. Wytyczne to takie zasady założone z góry, ustalające czym leczy się daną chorobę, ale ogólnie – a tak jak pisałam wyżej, leczenie musi być dopasowane do pacjenta na tyle, na ile można.

Mam nadzieję, że trochę Wam rozjaśniłam całą sytuację związaną z klasyfikacją. Pytania i wszelkie zastrzeżenia, jak zwykle są mile widziane. 🙂

Bóle i zawroty głowy

Problem powszechnie znany i nielubiany. Nie dotyczy tylko osób w trakcie chemioterapii, dlatego mam nadzieję, że przyda się nie tylko tej grupie czytelników.

Zarówno bóle i zawroty głowy mogą mieć różne podłoże. Począwszy od błahych typu zmiany ciśnienia, kończąc na bardzo poważnych typu tętniak czy nowotwór. Oczywiście proszę się nie sugerować teraz, że jak macie ból głowy to macie nowotwór – co to, to nie! Na pewno każdy przewlekły ból głowy należy zbadać – chociaż powiedzieć o tym lekarzowi rodzinnemu, a on dalej Was pokieruje.

W tym poście będzie o bólach i zawrotach głowy raczej związanych z ogólnym osłabieniem organizmu związanym z chemioterapią, ale pamiętajcie, że powodów bólu głowy jest cała masa. Na pewno jeśli macie nagły i baaaaardzo silny ból głowy, to konieczna jest diagnostyka!

W związku z chemioterapią możemy mieć wahania ciśnienia tętniczego krwi. To sytuacja raczej normalna w przypadku tego leczenia, ale warto wspomnieć o tym swojemu onkologowi, jeśli to bardzo dokuczliwe. Często tych wahań ciśnienia nawet nie odczuwamy, bo są raczej niewielkie, ale np. kiedy za szybko wstanie się z pozycji leżącej, można odczuć taki „szum” w głowie. Ja czasami mam wrażenie, że po prostu słyszę jak krew przepływa. 😀 To dosyć przeszkadza, bo mocno boli, ale po chwili przechodzi.

Czasami mam ból głowy przez cały dzień – mój organizm zawsze reagował mocno na zmiany ciśnienia atmosferycznego i teraz w czasie chemii, mam wrażenie, że to się nasiliło. Nieraz mam tak, że boli mnie połowa głowy i ból „promieniuje” mi do oka – często to się zdarza np. przy migrenach, ale wydaje mi się, że migrena mocniej boli, dlatego nie dokładam sobie jeszcze tego do listy „na co choruję”, haha. 😉

Bóle głowy oczywiście mogą być też związane ze stanem zapalnym, albo przy neutropenii! Wtedy, jak pamiętacie, jest ogólnie słabe samopoczucie, a do tego zdarzają się właśnie bóle głowy.

W poście o badaniach krwi pisałam także o niedokrwistości, czyli za małej liczbie czerwonych krwinek. Przez to, że jest ich niedobór, nie ma ich na tyle dużo, żeby sprostać dostarczaniu tlenu do tkanek i to „niedotlenienie” odczuwamy właśnie np. bólami i zawrotami głowy.

Co z tymi bólami i zawrotami głowy zrobić?
Najlepiej oczywiście wdrożyć takie środki, które nie będą nam zaśmiecały wątroby, czyli leki przeciwbólowe to ostateczny wybór. Na pewno najpierw trzeba wykluczyć np. neutropenię, czy niedokrwistość – jeśli nie dolega nam żadna z tych rzeczy, to możemy sobie „poleczyć” sam objaw. Przede wszystkim – spacery na świeżym powietrzu! Poza tym, że się dotlenimy, to jeszcze wysiłek fizyczny działa pozytywnie na nasze krążenie i tym samym – łatwiej będzie dostarczyć wszystkim tkankom ten tlen, którego się nawdychaliśmy. Jeśli nie macie siły wyjść z domu, to wietrzcie chociaż sobie pokój, w którym przebywacie – latem to nie problem, ale zimą, żebyście się nie przeziębili, ubierzcie się w kurtkę, czapkę itp. i posiedźcie chwilę przy otwartym balkonie.

Poza powyższymi metodami mi pomaga często sen – organizm w czasie chemii jest bardzo rozregulowany i czasami potrzebujemy 4h snu, a czasami 12. Pół godzinki drzemki nikomu nie zaszkodzi, a czasami jest potrzebne. W przypadku mocnego bólu głowy, staram się raczej chować w ciemnościach. 😀 Do tego nieraz służy mi czapka! Po prostu naciągam ją na oczy i mam ciemno, haha. 😉 Mocne światło drażni oczy, a przy bólu głowy, który promieniuje do oczu okazuje się to zbawienne. Poza tym wyłączam wszelkie elektroniczne rzeczy – odkładam komputer, telefon i daję po prostu odpocząć głowie. Jeśli chodzi o zawroty głowy same w sobie i takie „napadowe” powiedzmy bóle głowy – pamiętajcie, żeby POWOLI wstawać z pozycji leżącej, ale też siedzącej. Naprawdę w takim meeeega zwolnionym tempie – sami z resztą zobaczycie efekty. Lepiej powoli się podnieść do pozycji siedzącej, chwilę w takiej posiedzieć, a dopiero potem wstać, a nie od razu się zrywać na nogi.

Nieraz o tych prostych rzeczach zapominamy i sięgamy od razu po leki przeciwbólowe. Oczywiście na każdy ból głowy wyżej wymienione metody nie będą działać, wtedy raczej bierzemy leki – szczególnie w nocy, kiedy kręcimy się kolejną godzinę i nie możemy zasnąć przez ten ból. Pamiętajcie tylko, że leki przeciwbólowe negatywnie wpływają na nasz żołądek! Przewlekłe stosowanie tzw. NLPZ (niesteroidowych leków przeciwzapalnych, takich jak np. Ibuprom, Naproksen) zwiększa prawdopodobieństwo choroby wrzodowej – pod tym względem bezpieczniejszy jest np. paracetamol (czyli np. Apap), jednak oczywiście jak każdy lek ma swoje minusy. Nie ma idealnego leku przeciwbólowego. Jeśli macie przewlekłe bóle (już pomijam bóle głowy), to warto leki przeciwbólowe zmieniać i co ważne – nie mieszać! Niektóre leki wchodzą między sobą w interakcje, wtedy albo są zbyt toksyczne, albo po prostu nie działają. Dlatego tak ważne jest czytanie ulotek leków (pozdrawiam wszystkich szaleńców, którzy tak jak ja, jako hobby mają czytanie ulotek, haha 😉 ) i w razie wątpliwości konsultowanie się z lekarzem lub farmaceutą. Jeśli nie wiem czy jakieś leki wchodzą ze sobą w interakcję, wchodzę na stronę – jest to strona, która jest kontrolowana przez Ministerstwo Zdrowia, więc zaufana. 😉 Możecie tam wpisać nazwy leków, które macie zamiar wziąć i sprawdzić czy wchodzą ze sobą w interakcję. Bardzo pomocna stronka nie tylko dla pacjentów, ale też dla przyszłych lekarzy. 😉

Dosyć ciekawym i często zapominanym powodem bólów i zawrotów głowy może być… napięcie mięśni. Najczęściej dotyczy to mięśnia czworobocznego – to bardzo duży mięsień, ale jedna z części, która ciągnie się od karku aż do barku jest bardzo często napięta – chyba u każdego… spróbujcie sobie wcisnąć palce w to miejsce trochę mocniej, a naprawdę poczujecie że boli – to znak, że jest za bardzo napięty. Najczęściej jeśli odczuwamy bóle lub zawroty głowy, należy rozluźnić przynajmniej tą część mięśnia na karku – od razu czuć różnicę. Możecie to zrobić sami, poprosić kogoś z bliskich, aby rozmasował Wam kark, a najlepiej to wybrać się do fizjoterapeuty. Całe to napięcie jest związane z tym, że osoby w trakcie leczenia onkologicznego zazwyczaj mało się ruszają i potem mamy takie o. Ale serio, ja ostatnio sama sobie przez kilka sekund masowałam kark i od razu poczułam różnicę.

Ogólnie ważne jest to, że masaży jako takich nie powinno się mieć w trakcie chemii – chodzi o masaże relaksacyjne głównie, bo jeśli coś sobie zrobimy z mięśniem, to oczywiście warto pójść do fizjoterapeuty i coś z tym zrobić. Tak samo kobiety po usunięciu piersi, lub w ogóle osoby, u których usunięto węzły chłonne, powinny poddać się rehabilitacji – głównie ze względu na zbieranie się limfy np. w kończynach – fizjoterapeuci mają w zanadrzu metody, które są bezpieczne w trakcie leczenia. Ten „zakaz” masaży wynika z tego, że ogólnie w trakcie choroby nowotworowej nie powinno się przegrzewać organizmu, a poza tym niektórzy lekarze mówią o tym, że wtedy zwiększa się ryzyko przerzutów – na ile to jest prawda, tego nie wiem, ale lepiej dmuchać na zimne.

Jeśli macie jakieś metody na bóle i zawroty głowy, to koniecznie piszcie w komentarzach. Mam nadzieję, że post był pomocny! Pamiętajcie też, żeby o każdym niepokojącym Was objawie mówić swojemu lekarzowi. 😉

Miłej niedzieli!