Studia, studia

Kiedy dowiedziałam się o chorobie, o studiach pomyślałam w drugiej jak nie trzeciej kolejności – stwierdziłam, że dalej będę studiować. Poniosło mnie z tym trochę, ale zacznijmy od początku…

Jak wyglądają ogólnie, w wielkim skrócie studia medyczne w Polsce? Żeby dostać się na medycynę, trzeba na pewno zdać rozszerzoną biologię i chemię na maturze. Poza tym na niektórych uczelniach wymagana jest matematyka lub fizyka na poziomie rozszerzonym. Jak już dostaniemy się na studia, czeka nas 6 lat nauki. Po 6 latach studiów, we wrześniu zdawany jest Lekarski Egzamin Państwowy, tzw. LEP, czy tam Lekarski Egzamin Końcowy (LEK), te dwie wersje znam i do tej pory nie wiem, która jest prawdziwa, bo wszyscy stosują te pojęcia zamiennie. W każdym razie egzamin ten decyduje o tym, czy możemy mieć prawo do wykonywania zawodu. Każdy lekarz po studiach musi odbyć staż. Trwa on rok i polega na pracy w szpitalu, na różnych oddziałach. Jeśli chodzi o słynne specjalizacje… Wybiera się je po studiach i w sumie nie do końca się je wybiera… o nie się walczy, haha. 😉 Ze specjalizacjami jest tak, że jest na nie tak jakby rekrutacja. O tym, czy dostanie się lekarz na specjalizację decyduje wynik na egzaminie LEK. Problemem nie jest właściwie sam wynik, największym problemem jest fakt, że liczba miejsc na specjalizację jest BARDZO ograniczona, czasami nie ma w ogóle w danym roku miejsca na jakąś specjalizację, a czasami może być nawet jedno… dlatego ciężko się bardzo dostać na wymarzoną specjalizację. Jeszcze jedna ważna sprawa – lekarz rezydent (czyli lekarz w trakcie specjalizacji) ma pełne prawo do wykonywania zawodu, jest po studiach, po stażu i po egzaminie. Piszę o tym, bo bardzo dużo osób myśli, że lekarz rezydent to np. student. 😉

Jestem studentką trzeciego roku medycyny Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Uczelnia uważam, że jest jak najbardziej spoko. Już kilku obserwatorów pytało się mnie o uczelnię, dlatego o niej trochę napiszę.

Zastrzeżeń nie mam tak na prawdę do uniwerku. Wiadomo, że zdarzają się sytuacje, że lubię ponarzekać, ale bardziej na pojedyncze przedmioty, ewentualnie na jakieś dziwne jednorazowe sytuacje. Czasami jak ludzie mi opowiadają o swoich uczelniach (niekoniecznie medycznych) to mam wrażenie, że albo WUM jest jakąś Utopią i trafiłam najlepiej jak mogłam, albo ludzie przesadzają. W każdym razie, ja uważam, że jeśli ktoś jest zakręcony na punkcie medycyny przynajmniej tak jak ja, to WUM zdecydowanie umożliwia rozwój – maaaasa kół naukowych, konferencji, no i władze uczelni też są bardzo prostudenckie.

Wiecie, mam za sobą 2 lata na tej uczelni, więc to początek, mam nadzieję, że nie zapeszę i do końca moich studiów będzie w porządku. 😉 Oczywiście nie wszyscy wykładowcy się starają tak jak byśmy tego chcieli, ale pamiętajcie, że nikt łopatą do głowy wiedzy nie włoży – faktem jest, że treści przekazywane ciekawie i z pasją są łatwiej zapamiętywane, no ale nie można mieć wszystkiego, moi drodzy! 😀

Na pierwszych dwóch latach, na większości uczelni medycznych w Polsce są przedmioty niekliniczne, czyli nie siedzimy od rana w szpitalu. Mamy np. anatomię, histologię, fizjologię, biochemię, immunologię itp.. Natomiast od trzeciego roku zaczynają się zajęcia w szpitalu, ale poza tym są też niekliniczne (patomorfologia, farmakologia, parazytologia itp.).

Bardzo chciałam dalej studiować, ale problem był taki, że zaczynały się te zajęcia w szpitalu – chociażby na oddziale pediatrycznym – kto studiuje medycynę, ten wie, że chyba każdy coś kiedyś załapał na zajęciach w szpitalu. Ja nie mogłam sobie pozwolić na takie ryzyko, dlatego wszystkie zajęcia w szpitalu odpadały na wstępie. Tak zresztą doradziła mi też moja lekarz prowadząca. Ostatecznie stwierdziłam, że chcę zrobić ten trzeci rok studiów w dwa lata – tak sobie rozłożyć. Zajęcia niekliniczne miałam zrobić w tym roku akademickim, a szpitalne w następnym. Najpierw złożyłam podanie do pani Prodziekan o udzielenie mi Ułatwionego Trybu Studiów – umożliwia on umawianie się na zaliczenia zajęć w dogodnym dla studenta terminie, można chodzić też na zajęciach z którą grupą się chce itp.. Nie było z tym żadnych problemów – spotkałam się też z Prodziekan osobiście i powiedziałam jak chciałabym, żeby to wyglądało. Potem musiałam kontaktować się w Katedrami tych zajęć, które chciałam w tym roku akademickim robić – pani Prodziekan powiedziała, żebym pisała/mówiła kierownikom Katedry czy też osobom odpowiedzialnym za dydaktykę, że mam jej błogosławieństwo i gdyby był jakiś problem, to mam się z nią kontaktować i ona mi pomoże, także byłam bardzo zadowolona, że taka pomoc została mi udzielona ze strony władz uczelni.

Z żadnym przedmiotem też nie było problemów – na zajęcia chodziłam głównie ze swoją grupą, choć zdarzały się też inne. Zajęcia z parazytologii (nauka o pasożytach) miałam nawet indywidualnie, co było baaaardzo pomocne. Poza tym, że spodobały mi się te „robaczki”, to jeszcze mogłam umówić się na zajęcia kiedy się dobrze czułam. Kolokwium z patomorfologii też zaliczałam ustnie w terminie, w którym chciałam, więc nie mam co narzekać. Uczelnia zrobiła wszystko co mogła, żeby mi pomóc.

Kiedy czułam się dobrze, było w porządku – mogłam się normalnie uczyć, jeździć na zajęcia. Na początku roku nie było to trudne, bo jest wtedy spokojniej, ale niestety kiedy przedmioty się już rozkręcały, to zaczęłam zauważać, że chyba jednak nie dam rady. Wiecie, nie byłoby problemu, gdyby nie fakt, że to zbyt odpowiedzialny zawód, na który nas szkolą na uczelni i tak naprawdę każdy przedmiot jest bardzo ważny. Nie wyobrażam sobie jak mogłabym uczyć się „po łebkach” przedmiotów takich jak np. farmakologia (leki itp.). Nie chciałam studiować byleby studiować, czy mieć cokolwiek do roboty, tylko chciałam studiować, żeby uczyć się i żyć tak jak wcześniej – tak powinno być ogólnie w czasie choroby – lepiej skierować myśli na coś innego, a nie leżeć cały czas w łóżku i myśleć o chorobie.

Zaczęłam się w listopadzie już gorzej czuć, chemia dawała o sobie znak bardziej niż wcześniej i ostatecznie stwierdziłam, że robię przerwę. Umówiłam się na spotkanie z panią Prodziekan, żeby omówić moje opcje. Szczerze mówiąc, myślałam, że jest tylko coś takiego jak urlop dziekański, ale okazało się, że do wyboru jest też urlop zdrowotny i ten właśnie wybrałam. Urlop zdrowotny jest oczywiście udzielany w związku z uzasadnionymi problemami zdrowotnymi, wstępnie się ustala długość urlopu, ale można go przedłużyć, można też skrócić. Musiałam dostarczyć jedynie podanie i zaświadczenie od lekarza (notabene, które miałam też dostarczyć też do podania o Ułatwiony Tryb Studiów).

Podejrzewam, że w przyszłym roku akademickim, będę musiała normalnie chodzić na wszystkie zajęcia od nowa, ale to dla mnie nie jest problem, wręcz przeciwnie – przynajmniej dobrze zapamiętam informacje z początku roku. 😉 Ja miałam jeden przedmiot z października skończony, bo trwał tydzień i mogłam teoretycznie podejść do egzaminu, akurat z genetyki. W przypadku urlopu zdrowotnego, żeby podejść do egzaminu, musiałabym napisać podanie zarówno do Prodziekan jak i do kierownika zakładu danego przedmiotu. Nie wiem jak to wygląda w przypadku urlopu dziekańskiego, ale CHYBA można bez większych problemów „papierkowych” zdawać jeden egzamin. Ja złożyłam podanie, chciałam zdać egzamin w sesji zimowej w tym roku, ale w grudniu sprawy się skomplikowały z moim zdrowiem (szpital) i odpuściłam tym razem.

Tak to wyglądało z moimi studiami w trakcie choroby. Teraz jestem cały czas w domu rodzinnym, do Warszawy przyjeżdżam tylko na czas chemii. Z uczelnią nie rozstałam się w 100%, bo staram się jakoś udzielać w kole ginekologicznym, do którego należę od drugiego roku, prowadzę fanpage, pomagam w części social mediów konferencji organizowanej przez moje koło, a poza tym też trochę sobie czytam medycznych rzeczy. Przypominam sobie pewne zagadnienia z wcześniejszych lat, które mogą mi się przydać i ogólnie to bardzo chciałabym wrócić już na uczelnię. 😀 Trochę się spełniam też na tym blogu, pisząc o medycznych tematach, cieszę się, że mogę Wam przekazać trochę wiedzy medycznej w inny sposób, taki jakby… prostszy? Nie wiem sama, lubię tłumaczyć rzeczy związanych ze zdrowiem na tzw. „chłopski rozum” po prostu! 🙂

Ogólnie bardzo bym chciała mieć na tyle siły i odporności, żeby dalej studiować. Na chwilę obecną jest to dla mnie trochę wejście na Mount Everest, dlatego w sumie też tak bardzo nie chciałam tych studiów przerywać. Chciałam sobie udowodnić, że jestem twarda chyba, cóż, przerosło mnie to i nie wstydzę się tego przyznać. Jeśli macie więcej siły ode mnie, albo mniejsze ograniczenia (moim największym było ryzyko infekcji, dużo większe niż w innych profesjach), to zdecydowanie starajcie się dalej żyć tak, jak żyliście, nawet w obliczu choroby. Oczywiście wszystko w granicach rozsądku i koniecznie zapytajcie swojego lekarza o to, czy bezpieczna jest Wasza praca/studia/zajęcia przy chemii, no bo wiecie – jakby ktoś z Was np. brał chemię ABVD i by chciał pracować na plaży w pełnym słońcu to tak nie bardzo… 😀 (kto nie wie o czym mówię, to zapraszam do tego posta). Wiadomo, że często nie ma się siły ruszyć, a nawet jak się ma siłę, to są dni, kiedy po prostu nie macie na to zupełnie ochoty. W chorobie w 100% każdy ma do tego prawo i każdy z otoczenia powinien to zrozumieć.

Nie wiem jak Wy, ale ja mam tak, że jak mam dużo na głowie, to lepiej funkcjonuję – jestem bardziej zorganizowana, nie myślę o głupotach takich jak np. jakiś głupi chłoniak, haha. 😀 Także jeśli usłyszeliście niefajną diagnozę i musicie poświęcić jakiś tam kawałek swojego życia na leczenie, to moi drodzy – zbieramy się w sobie, do roboty, skopujemy chorobie tyłek, ale przy tym staramy się żyć normalnie, nie ma czasu na jakieś chorowanie, mamy studia, pracę, rodzinę, przyjaciół, hobby i masę innych rzeczy! 🙂 Nie ma, że złe rokowanie, cuda się zdarzają i dlaczego nie ma się zdarzyć akurat Tobie?

12 myśli na temat “Studia, studia”

  1. Jejku moim marzeniem jest dostać się na medycynę do Warszawy, ale odstraszają mnie najwyższe progi w całym kraju 😦 w tym roku poprawiam maturę i boję się że nie poprawię az na tyle żeby się tam dostać, możesz pochwalić się na ile Ty zdałaś rozszerzenia? jesteś dla mnie prawdziwą inspiracją i mocno trzymam za Ciebie kciuki ❤

    Polubione przez 1 osoba

  2. Twój blog na pewno jest w stanie przynieść ukojenie wielu osobom znajdującym się w podobnej sytuacji, co Twoja, fajnie, że zdecydowałaś się na taki krok, mam nadzieję, że skopiesz tyłek chłoniakowi i już niedługo nie będzie po nim żadnego śladu … a skoro już przy chorobach jesteśmy – wiem, że nie jesteś lekarzem (jeszcze 😉 ), ale co byś powiedziała na temat przypadku, gdzie bliska osoba je i prowokuje wymioty? Z początku był to problem bagatelizowany przez wszystkich, bo zdarzało się to sporadycznie, natomiast teraz jestem w stanie śmiało powiedzieć, że zdarza się to niemal codziennie i to od dość długiego czasu (to nie są naturalne wymioty, a najzwyczajniej w świecie prowokowanie ich po jedzeniu, parę razy niestety dane mi było przyłapać bliską osobę na gorącym uczynku i to jeden z najsmutniejszych i najbardziej przygnębiających widoków, z jakimi miałam do czynienia), a najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie wiem ani co się dzieje, ani czym to jest, a sama osoba też odmawia współpracy twierdząc, że „jest ok”, ale w to chyba nie ma co wierzyć … pozdrawiam, dużo siły życzę. ;**

    Polubione przez 1 osoba

    1. Cześć! Bardzo mi miło, dziękuję.
      Odnośnie prowokowania wymiotów… to nawet osoba niezwiązana z medycyną powinna wiedzieć, że to niezdrowe – począwszy od fizycznych szkodliwych czynników, czyli np. Uszkodzenia przełyku, jamy ustnej spowodowanej obecnością kwasu solnego w treści żołądkowej, kończąc na szkodliwości psychicznej. Mam nadzieję, że uda Ci się dotrzeć do tej osoby i wszystko się skończy dobrze. Lepiej nie bagatelizować problemu i dmuchać na zimne, póki nie jest za późno.
      Pozdrawiam, buziaki, Claudia ❤

      Polubienie

    1. Lekarz wprost nie powiedział mi dokładnie, raczej się tego nie robi widocznie w przypadku nowotworów, które zazwyczaj dobrze reagują na leczenie. Ogólnie chłoniak Hodgkina w stopniu I czy II ma nawet 98% szans na wyleczenie w pierwszym rzucie chemii, wraz ze wzrostem stopnia maleje ta szansa, ale przy moim, czyli IV stopniu wynosi około 60% z tego co pamiętam. 🙂 Pierwszy rzut chemii oznacza jakby pierwsze podejście do chemii, bo jeśli po tym pierwszym podejściu nie widać poprawy, to stosuje się albo inną chemię, albo inny schemat itp. 🙂

      Polubienie

      1. Odsyłam do zakładki po lewej stronie „Chłoniak Hodgkina”, tam znajdziesz klasyfikację. Planuję posta też na ten temat 🙂

        Polubienie

  3. Próbowałaś studiować medycynę w trakcie choroby. Wielki podziw. Nie myślałaś, żeby od czasu do czasu pojawić się na wykładach, żeby mimo przerwy jednak nie stracić kontaktu z uczelnią i ludźmi z roku? Tak po prostu żebyś jednak wyciągnęła coś medycznego z tej przerwy?

    Polubienie

  4. Cześć ! Przeczytałam całego Twojego bloga „od A do Z” i jestem pełna podziwu dla Ciebie! Twój blog na pewno pomaga wielu osobom w podobnej sytuacji, a zarazem pomaga chociaż częściowo zrozumieć osoby walczące z nowotworami. Jestem zachwycona Twoim pozytywnym nastawieniem ! Trzymam mocno kciuki, żebyś z tego wyszła! ❤

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s