Port naczyniowy

W pierwszym poście wspomniałam o czymś takim jak port naczyniowy. Port naczyniowy to umieszczona pod skórą taka silikonowa membranka ze zbiornikiem, połączona z cewnikiem, który umieszczony jest w dużej żyle.

 No dobra ale po co ten port. Otóż po to, żeby ułatwić dostęp do żyły. Port jest założony na długi okres czasu i nie jest tak wymagający jak wenflony, dlatego jest idealnym rozwiązaniem dla pacjentów onkologicznych.

 Port naczyniowy jest zakładany przez anestezjologa w znieczuleniu miejscowym. Sam zabieg trwa około pół godzinki. Poza dyskomfortem i bólem rozpierającym przy podawaniu znieczulenia, założenie portu nie boli. Po założeniu portu trzeba zrobić kontrolne prześwietlenie RTG, żeby sprawdzić czy port został dobrze założony. Potem czeka się dwie godzinki i można iść do domu jeśli nic się nie dzieje (nie ma zaczerwienień itp).

Warto poprosić też o zaświadczenie od lekarza o zwolnieniu z obowiązku zapinania pasów bezpieczeństwa w samochodzie – najczęściej port zakładany jest po prawej stronie ciała (chyba, że np. jakaś pani jest po prawostronnej mastektomii – wtedy z tego co mi wiadomo nie można w tym miejscu założyć portu), wiec jeśli jesteś często pasażerem to bardzo się przydaje to zaświadczenie. Nie jest to najbezpieczniejsza opcja, bo wiadomo, różne rzeczy dzieją się na drodze, ale ucisk pasa na port poza faktem, że jest niewskazany, jest po prostu drażniący. Ja górną część pasa zarzucam sobie po prostu za plecy, tak żebym w razie czego była przypieta dolna częścią. Podejrzewam, że wtedy pasy nie do końca spełniają swoją rolę, ale przynajmniej mam jakiś komfort psychiczny No i chyba lepszy rydz niż nic :D.

Po założeniu portu dostaje się też „paszport” portu – jest on potrzebny np. przy niektórych badaniach obrazowych, żeby osoby wykonujące takie badanie, np. rezonans sprawdziły, czy na pewno bezpiecznie może zostać wykonane badanie. Paszport jest też potrzebny na lotniskach – z tego co pamiętam – „pika” na bramkach ;).

Jeśli chodzi o pielęgnację portu – po zdjęciu szwów itp. Jeśli jesteście w trakcie chemii to raczej nie ma problemu – regularnie port jest płukany i MUSI być. Każde ciało obce w naszych żyłach zwiększa ryzyko powstania zakrzepów, dlatego port, który może siedzieć w nas bardzo długo (podobno nawet 19 lat!!!!!) musi być regularnie płukany. Jeśli nie mamy chemii, powinniśmy płukać port co 4-6 tygodni. Raczej sami w domu tego nie zrobimy – jeszcze nie wiem jak dokładnie do wygląda, ale podejrzewam, że dostaje się skierowanie na płukanie portu do szpitala i co jakiś czas trzeba kilka minut poświecić na wizytę właśnie w tym miejscu.

Obecność portu nie daje o sobie znać, chyba, że wda się jakieś zakażenie albo nasz organizm się z nim nie polubi i będzie chciał go „wyrzucić”.

Prawidłowo portu nie czuć. Jedynie jak się dotknie, to owszem czuć, bo zbiorniczek jest położony podskórnie, ale nie daje on żadnego dyskomfortu. Zarówno ten zbiorniczek jak i sam cewnik. Można spać na tym boku, na którym jest port, można spać na brzuchu, w każdych pozycjach.

Dobra, teraz jak to wygląda z tym podawaniem chemii skoro to pod skóra się kryje?!

Otóż są takie specjalne igiełki (Hubera). Taką krótką igiełką wbijają się do membrany. Jedyne co można czuć w tym momencie to lekkie uszczypnięcie – igiełka przechodzi tylko przez skórę dlatego nie jest to bolesne. Następnie przyklejają plasterek żeby nic nie wypadło i możemy iść na chemię.

Co z tymi wenflonami?

Niestety są różne powody (których niestety nie znam), dla których nie u każdego można założyć port naczyniowy. Dlatego najlepiej spytać się lekarza prowadzącego o taką możliwość. Teoretycznie każdemu to przysługuje, praktycznie (w związku z przeciwwskazaniami) różnie to bywa.

Z wenflonami jest taki problem: wenflony to takie „wejście” do żyły obwodowej (gdzieś na rękach, czasami jak już nie ma gdzie to nawet na nogach). Te żyły nie należą do najmocniejszych, a szczególnie nie na chemię. Chemioterapia może sprawić ze żyły popękają i może to być bolesne. Nie mówię tu o pierwszych chemiach bo przy początkowych chemiach jeszcze dają sobie radę, później, ponieważ chemia działa ogólnoustrojowo a nie tylko na jedno miejsce, żyły są osłabione i coraz ciężej jest znaleźć pielęgniarce mocna żyłę która wytrzyma kolejny cykl chemii. Ja widzę nawet po sobie – mimo tego, że mam port, mam bardzo słabe żyły obwodowe – daje to o sobie znać przy pobieraniu krwi na badania chociażby.

Oczywiście jeśli wenflon to jedyna opcja jaką macie, no to nie ma co tu więcej mówić, trzeba po prostu dbać o każda żyłkę jak o własne dziecko i ładnie jeść żeby miały się z czego żyły regenerować, natomiast jeśli nie ma przeciwwskazań do portu – myślę, ze jest o co walczyć. Jest to na prawdę wygodne, mniej bolesne samo jest samo wkłucie, nie czujemy tez żadnego dyskomfortu, także w trakcie podawania chemii.

Pamiętajcie też, że w wenflonie – igła nie zostaje w środku! Na czas chemii zostaje w żyle sama rureczka! Dla niektórych to oczywiste ale najczęściej starsze osoby boją się ruszać ręką, bo wydaje im się, ze znajduje się tam igła.

Więcej informacji o samym porcie znajdziecie tutaj.

3 myśli na temat “Port naczyniowy”

    1. Od samego początku miałam port, więc ciężko mi się wypowiedzieć. Myślę, że jeśli chodzi o to co się działo po chemii, to nie ma wpływu to czy podawana jest przez wenflon czy port, tu raczej chodzi o komfort w czasie podawania chemii – przy wenflonach często pękają żyły, albo ciężko jest się wkłuć itp.

      Polubienie

      1. Rozumiem. Pytam, bo widzę u mamy, że dużo gorzej znosiła chemię do wenflonu niż od kiedy ma port – zastanawiałam się, czy to może być jego zasługa. Dziękuję!

        Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s