Głowa chce, ciało nie może

Wiecie, co mi się marzy od kilku miesięcy?

Marzy mi się długi spacer, ale taki dłuuuuugi, bez przerw na siadanie na ławce co 5 minut. Już nawet nie mówię o powrocie na siłownię albo o bieganiu na dworze, nie. To też mi się marzy, ale bądźmy realistami, spacer bez przerwy jest bardziej realistyczny na chwilę obecną.

Marzy mi się zrobić sobie śniadanie, tak od początku do końca, stojąc w kuchni, kombinować, wypróbowywać przepisy, które wymyślam, kiedy leżę całymi dniami w łóżku, a nie modlić się, żebym zdążyła bez zasłabnięcia wstawić bagietkę do piekarnika albo wyrzucić torebkę z kubka herbaty.

Marzy mi się posprzątać w szafie, wywalić połowę ciuchów, których i tak nie noszę, uporządkować wszystko, a potem gapić się kilka minut z dumą na ułożone kolorystycznie ubrania, w równą kosteczkę.

Marzy mi się ubrać się i pomalować, tak na co dzień, nie tylko dlatego, że pierwszy raz od miesiąca gdzieś wychodzę.

Marzy mi się spotkać z kimś, tak normalnie, pogadać o wszystkim i o niczym, nie musieć skupiać się na tym czy w okolicy jest gdzieś jakaś kanapa żebym w razie mogła się walnąć i odpocząć.

Marzy mi się wstać rano i spędzić produktywnie dzień, a nie leżeć cały czas w łóżku, kręcić się z boku na bok, przerzucając książkę po książce, bo żadna nie wciągnęła mnie jeszcze na tyle, żeby nie wpaść w objęcia Morfeusza przy próbie jej czytania.

Proste marzenia, prawda?

Dla zdrowej osoby to codzienność, dla mnie właśnie – marzenia. Póki co jeszcze odległe, ale o mamuniu, jak przyjemnie się myśli o tym. Chyba każdy ma czasami tak, ze wyobraża sobie sytuacje z życia. Najczesciej sa one kompletną imaginacją, a tu – to jest tak bliskie, tak osiagalne, jeszcze tylko troszeczkę i spełnię każde z tych marzeń. KAŻDE! Będę się napawać każdą chwilą, w której będę je spełniać, będę się tym chwalić całemu światu.

 Podziwiam ludzi, którzy w czasie chemioterapii są w stanie robić to wszystko o czym pisze. Nie wiem czy to kwestia mojego podejścia i kompletnego braku siły czy faktycznie to takie ciężkie. Niektórzy pracują, studiują, chodzą na siłownię. JAK?! Ja podeszlam do studiów i udało mi się wytrzymać miesiąc. Zostało mi niewiele chemii i jedyne o czym cały czas mysle to właśnie te marzenia które wypisałam, wyobrażam sobie jak już będę miała więcej siły, ile rzeczy będę robić. Głowa chce, ale ciało nie może – to mnie najbardziej denerwuje w całej chemii.

A tymczasem leżę w szpitalnym łóżku od 6 dni, modlę się żeby wypuścili mnie na święta – najważniejszy okres w roku dla mnie i jak na złość, pojawiła się cholerna infekcja.

Zacznę od początku. 12.12 miałam mieć kolejną chemię, ale niestety w związku z tym, że w obrazie tomografii (którą robiłam 2 tyg wcześniej) wyszły jakieś dziwne rzeczy na płucach i do tego miałam bardzo suchy kaszel, pani Doktor zdecydowała się dać mi antybiotyk i przełożyć chemię o tydzień i w międzyczasie miałam zrobić badania – bronchoskopię, m.in po to, aby sprawdzić czy nie mam jakiegoś grzybiczego zapalenia płuc albo gruźlicy. Brzmi to strasznie, ale niestety, w czasie chemioterapii odporność jest bardzo niska, szczególnie w takim momencie jak teraz, czyli właściwie pod koniec leczenia, gdyż zostały mi prawdopodobnie tylko 2 wlewy.
Z dnia na dzień mój stan się pogarszał – miałam ogromne duszności, bardzo płytki oddech, suchy kaszel i co najgorsze – gorączkę. Antybiotyk zaproponowany przez panią Doktor ewidentnie nie działał. W czwartek przyjechałam (a raczej doczołgałam się) do Centrum Onkologii na wizytę z lekarzem, który robił mi biopsję guza na mostku na początku diagnostyki. Jest on torakochirurgiem = spec od klatki piersiowej. Od razu położył mnie na oddział, podał antybiotyki o szerokim spektrum działania i jeszcze tego samego dnia wykonał bronchoskopię z badaniem BAL.

Bronchoskopia polega na wprowadzeniu takiej rurki przez nos, lekarz ogląda sobie od środka jak to tam wygląda – tchawica, oskrzela itp., taką jakby kontynuacją bronchoskopii jest BAL – wlewają płyn (sól fizjologiczną) do badanej części płuca i go wyciągają – potem badają to, co wypłukają – oddają na posiew, czyli na taki jakby test czy urosną jakieś bakterie albo grzyby. Całość trwa jakieś 10 minut, jest w znieczuleniu miejscowym – wciskają Ci żel z lignokainą (środek miejscowo znieczulający) do nosa i psikają też lignokainą na gardło – obrzydlistwo, miliard razy bardziej gorzkie niż wódka.

 
Następnego dnia miałam powtórkę z rozrywki i zrobili mi znowu bronchoskopię, tym razem w kierunku gruźlicy – nie można tak o sobie robić kiedy się chce takiego badania, trzeba mieć zgodę dyrekcji na jego sfinansowanie itp., a prywatnie nie można tego zrobić. Początkowo miałam mieć zrobione to badanie w Instytucie Gruźlicy i Chorób Płuc, ale coś się pozmieniało organizacyjnie w tym instytucie i termin „pilny“ był najwcześniej na marzec. Paranoja.

W każdym razie – poza bronchoskopią miałam także pobraną krew na posiew. Do tej pory z posiewów nic nie wyszło, więc z jednej strony dobrze – udało się w zarodku pozbyć intruza, a z drugiej strony źle, bo nadal nie wiadomo co mi jest. 

Na szczęście CRP (białko, które wzrasta gdy w organizmie toczy się stan zapalny) spada, co prawda nie drastycznie, ale spada. Czuję się też lepiej, przez pierwsze kilka dni musiałam leżeć pod tlenem, bo tylko wtedy nie miałam tylko duszności. Gorączki nie mam od kilku dni, na szczęście.

Szpital nie jest najprzyjemniejszym miejscem do spędzenia okresu przedświątecznego, a tym bardziej nie świąt samych w sobie, nawet wśród tak super pielęgniarek jakie są na tym oddziale. Liczę po cichu na to, żeby udało mi się uciec do domu do 24.12. Ale oczywiście – najważniejsze jest, żeby dokończyć antybiotykoterapię – antybiotyki, które dostaje pochodzą z Oddziału Intensywnej Terapii, bo najczęściej tam maja takie hardcorowe sytuacje z dziwnymi infekcjami i kuracje jakie przygotowują to totalna magia. Ale działa. To najważniejsze.

Teraz kiedy już czuje się lepiej marzy mi się powrót do domu, ale w czwartek, kiedy trafiłam do szpitala, kiedy czułam się jak totalny wrak człowieka – czułam się tu najbezpieczniej na świecie.

Przepraszam za trochę depresyjnego posta, ale no niestety – święta to mój ukochany okres w roku, a istnieje duże prawdopodobieństwo spędzenia ich w Centrum Onkologii, co mnie totalnie załamuje. No nic, chyba trzeba przyzwyczaić sie w razie czego do widoku choinki oddziałowej z bombkami z napisami leków, przyodziać się w onsie w kształcie renifera i liczyć, że magia świąt mnie nie opuści.

12 myśli na temat “Głowa chce, ciało nie może”

  1. Spełnienia wszystkich twoich marzeń:) Tak to już jest. Gdy mamy gorszą sytuacje, wszystkie rzeczy które kiedyś robiliśmy wydają nam się wspaniałe.
    Jak wyjechałam do Gdanska,miałam ciągle cieplą wodę i nagrzany pokój w zimę. Gdy wróciłam do miasta rodzinnego, ubolewałam nad tym że muszę iść ją najpierw podgrzać do kotłowni,a w pokoju mam za duże okna i zawsze co nie zrobisz,będzie tu zimno.
    Wszystko zależy od punktu widzenia. Ale znalazłam rozwiazanie:) Zakładam gruby ciepły sweter i nie boję sie zimy:)

    Przeczytaj książkę Beaty Pawlikowskiej „Planeta dobrych myśli” . Moim zdaniem jest dla ciebie teraz idealna:) I napisz mi potem,czy ci się podobała. O ile się na nią zdecydujesz:) Wrzucam ci tu jeszcze z niej cytat i czekam na kolejny wpis:)

    ” Nie boję się jesieni
    kiedyś czułam strach,
    Że będzie zimno, szaro i deszcz
    Ale dzisiaj czuję ciepło w sobie
    Wewnętrzny płomień,
    który mnie ogrzewa
    przez cały rok”
    Beata Pawlikowska

    Lubię to

  2. Masz w sobie siłę o której pewnie sama nie wiesz , masz odwagę i energię życiową, o której nie jeden zdrowy osobnik może tylko pomarzyć . Dziesiątki leków, badań , zabiegów to tylko dodatki, których efekt byłby mizerny gdybyś nie miała w sobie tej mocy. I choć przedświąteczny wpis to mieszanka żalu i złości , który uzmysławia innym jak trudna droga za Tobą .To niezależnie od tego jakie będą te święta i gdzie , bądź dalej jak betlejemska gwiazdka, która w ciemnościach paskudnej choroby jest nadzieją na lepsze jutro . Wesołych Świąt dla Ciebie i wszystkich gorących serc które trzymają Cię za rękę gdy walczysz 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  3. Trafiłam tu przypadkowo, a teraz wracam cały czas. Bardzo dużo dobrego robisz dla ludzi pisząc te posty. W szale dnia codzienniego nie zauważamy tylu pięknych rzeczy naokoło siebie. I nikt, absolutnie nikt nie jest w stanie opowiedzieć o tym tak, jak opowiada ktoś, komu na chwile to zabrano. Bardzo mocno trzymam za Ciebie kciuki, jesteś niesamowita i jestem przekonana ze wszystko będzie dobrze. Będzie z Ciebie genialny lekarz 🙂
    PS. Dzięki Tobie 10 dzień nie palę. Bardzo dużo dałaś mi do myślenia, dziewczyno! 🙂
    Cudownych świat!!!!! 🙂

    Polubione przez 2 ludzi

  4. Niesamowite, trafiłam tutaj z Twojego Instagrama. Początkowo zaobserwowałam go z uwagi na twoją urodę, chcąc obserwować ją dalej ale na głównej stronie. Potem coś mnie tknęło, żeby tych zdjęć przejrzeć więcej i więcej. Każde dalej byłam coraz bardziej zmieszana. W końcu przeniosłam się tutaj. Takiego szoku i niedowierzania dawno u siebie nie zaobserwowałam, że tak piękna kobieta może mieć „takie coś” (określenie oczywiście nie jest pejoratywne co do Twojej osoby). Ale dziś wchodzę tutaj nawet gdy nie ma nowego postu. Po co? Po to, żeby czytać kolejny raz te same rzeczy. Jestem córką ojca chorego na nieuleczalną dystrofię. Był fizjoterapeutą i spełniał swoje marzenia, brnął dalej i wspinał się na szczyt kariery. Po 10 latach urodziło mu się dziecko, a mój brat. Dopiero jednak po tym fakcie wyszło na jaw, że posiada Dystrofię Miotoniczną Typu 1. Przekazał wadliwy allel także mojemu bratu. Więc to, jak dużo siły i nadziei przekazujesz MI na tej stronie jest nie do ogarnięcia rozumem. Ja życzę Ci szczerego powrotu do zdrowia, a sobie, żebym mogła codziennie czytać te same, ale także nowe wpisy na blogu. Dziękuję za motywację do pozytywnego podejścia do świata, pomogłaś mi niezmiernie.
    Pozdrawiam

    Polubione przez 1 osoba

    1. Jejku dziękuję za te słowa, wzruszyłam się. Mam nadzieję, że każdy kolejny post doda Ci jeszcze więcej siły. Takie komentarze napędzają mnie do działania, chyba będę pisać więcej dla ludzi takich jak Ty, bo to niesamowite jaki wpływ słowa mogą mieć na drugiego człowieka. Życzę zdrowia Tobie i całej Twojej rodzinie i mnóstwo siły!
      Dziękuję jeszcze raz!

      Polubione przez 1 osoba

      1. A ty bądź dalej bohaterką swojego życia. Ja napędziłam Ciebie do działania, a ty mi dajesz to codziennie.
        Nawet nie wiesz, jak ciekną mi łzy po policzkach. Z okazji też nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia, życzę wszystkiego co tylko najlepsze i to co pragniesz – spełnienia marzeń, właśnie tych „codziennych”, bo w tym przypadku mam nadzieję, że nie zabrzmi to jak wydukane tylko życzenia.
        Trzymaj się i bądź nadal piękna, bo taką Cię „poznałam” 🙂
        Nadal mam ochotę widzieć piękne zdjęcia na Instagramie 🙂
        Buziaki, Panna Kinga 🙂

        Polubione przez 1 osoba

  5. Jeszcze gdy byłaś na pierwszym roku, przypadkowo trafiłam na Twojego Instagrama, ze względu na wspólną znajomą z uczelni, a ode mnie z liceum. Bardzo lubiłam zaglądać do Ciebie, chociażby z ciekawości by zobaczyć, jak wygląda życie studentów medycyny na słynnym WUM’ie. Sama jestem na III roku i Twoja historia mnie tak bardzo stawia na nogi, gdy ręce mi opadają bo… nie mogę się wyrobić z materiałem na patomorfologię, albo gdy przerasta mnie farma… Wiem, że to nie ma ŻADNEGO znaczenia w obliczu prawdziwych problemów. I domyślam się, że milion razy bardziej wolałabyś swój czas spędzać siedząc nad stosem opasłych podręczników.
    Oprócz powrotu do zdrowia życzę Ci, by za rok to właśnie studia były Twoimi jedynymi „problemami”. Będziesz świetnym lekarzem, jeszcze tylko trochę. 🙂

    Lubię to

  6. Zaletą tej wstrętnej sytuacji, w której się znalazłaś będzie to, że zostaniesz fantastycznym lekarzem. Pacjenci będą Ci ufać, bo sama byłaś pacjentem i ich rozumiesz. A spowolnienie – m.in. spacery z przystankiem co chwilę pozwolą lepiej zrozumieć starszych pacjentów. Bo zajecia na uczelni nie pozwalaja zrozumiec ich trudnosci a tylko ucza kolejnych chorob itp. Ja życzę Ci szybkiej remisji i żeby ten cały chłoniak był tylko chwilowym przystankiem i nigdy mi wrócił 😊

    Lubię to

  7. Dawno,dawbo temu zaczęłam Cię obserwować na instagramie. jesteśmy z sąsiednich,rodzinnych miast ,zawsze przypominałas mi Jessice Mercedes,jestes piękna. Ostatnio włączyłam twój snap (?) Na insta. I się przerazilam. Nadal jesteś piękna i dasz radę. Wierzę w Ciebie! Najważniejsze to się nie poddawać!
    Pozdrawiam i dużo zdrowia na święta!

    Lubię to

  8. Dokładnie wiem o czym piszesz, jakbyś wyjęła mi słowa z ust… Ja od 9 miesięcy walczę z zatorowością płucną i wysokim ciśnieniem płucnym… wiem co to znaczy być na tlenie… co to znaczy nie móc wyjść na spacer czy zrobić sobie śniadanie… teraz już jest lepiej, ale był okres kiedy wizyty w łazience kończyły się omdleniami…

    Pozdrawiam Cię i życzę jak najszybszego powrotu do zdrowia (a ja zabieram się za dalsze czytanie bloga 🙂 )

    P.s. Jakbyś chciała to pisz na maila 🙂

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s