Wizyta kontrolna

W poniedziałek miałam wizytę kontrolną, pierwszą od 3 miesięcy. Powiem szczerze, że mimo dobrego samopoczucia, bardzo się wizytą stresowałam, oczywiście w samochodzie polały się łzy, ale już po samym pobraniu krwi było mi lepiej – nie wiem czy to w związku z tym, że wiedziałam, że tak czy siak nie mam na to wpływu, czy na myśl o naleśnikach z serem w szpitalnym barze (jeśli o tym nie pisałam, to w Warszawskim Centrum Onkologii jedzenie w barze jest mniammmm). Pamiętajcie, że taki stres to zupełnie normalna rzecz!

Standardowo w kolejce spędziłam 3 godziny, w końcu na ekranie został wyświetlony mój numer identyfikacyjny razem z głośnym dźwiękiem, na który WSZYSCY siedzący w kolejce, bez wyjątków, spoglądają w górę na ekran niczym stado surykatek, haha. Serio. Nawet czasami kiedy wiem, że jest pacjent w gabinecie, do którego czekam, to i tak odruchowo spoglądam na ekran z nadzieją, że pacjent teleportował się z gabinetu.

Pani doktor była bardzo zadowolona z moich wyników, powiedziała, że są sportowe – nic dziwnego, skoro codziennie wychodzę 4 razy dziennie na przynajmniej pół godzinne spacery (z wysiłkiem, bo mój pies z takim entuzjazmem chce się witać z innymi psami, że ledwo go utrzymuję na smyczy) i raz na krótszy spacer. Generalnie o innym, mocniejszym wysiłku nie ma mowy przynajmniej do roku po zakończeniu leczenia (czyli do połowy czerwca).

Pytałam też o port naczyniowy, niestety jeszcze trochę się z nim „pobujam”. Liczyłam na to, że będę mogła usunąć go szybciej, ale niestety muszę czekać z tym znowu do czerwca. Trudno, muszę po prostu pamiętać o jego płukaniu.

Podróże – jeśli chodzi o jakieś dalsze, poza Europę, to wykluczone. Długie loty samolotem bardzo niewskazane, a także nagłe zmiany klimatu. W obrębie Europy – jak najbardziej, jedynie w moim przypadku, ze względu na port, powinnam przed lotem sprawdzić poziom D-dimerów (to taki wskaźnik zwiększonego krzepnięcia – port zwiększa ryzyko zakrzepicy, lot samolotem także, stąd sprawdzanie D-dimerów). W każdym razie, w tropiki póki co wybrać się nie mogę.

Kolejną wizytę wyznaczoną mam na połowę stycznia. Wtedy też pani doktor wypisze mi skierowanie na badanie obrazowe (tomografię lub PET).

Czuję się bardzo dobrze, z kondycją coraz lepiej. Jedyne co mi przeszkadza to duszności. Może to być związane z kilkoma rzeczami w moim przypadku, w związku z tym muszę mieć zrobione badanie EKG i echo serca (echo to takie USG serca). Poza tym naprawdę czuję się nawet lepiej niż przed leczeniem! Wkręciłam się na maxa w studiowanie i na tym skupiam większość swojej uwagi, to pomaga mi też w nieskupianiu się na myślach związanych z chorobą, bo takie zawsze się zdarzają.

Nie martwcie się, jeśli każde zakłucie pod pachą, czy w pachwinie czy gdziekolwiek indziej zaraz przyprawi Was o dreszcze i zaczniecie myśleć, że coś się złego dzieje. Takie myśli są zupełnie normalne. Lepiej takich rzeczy nie bagatelizować oczywiście i w razie czego zgłosić się do lekarza, ale przede wszystkim zachować spokój.

Tak to wygląda u mnie, a jak jest u Was? Z samopoczuciem, z wysiłkiem fizycznym, z portem naczyniowym?

Dziś 1 listopada, pamiętajmy w modlitwach o naszych bliskich, którzy odeszli od nas.

Boję się iść do lekarza

Często dostaję od Was wiadomości z zapytaniem do jakiego lekarza macie się udać w konkretnym przypadku, oczywiście staram się w takim momencie pomóc, jednak równie często zdarzają się sytuacje, kiedy piszecie mi, że już dawno temu, wyczuliście u siebie jakiś guzek ale „boję się iść do lekarza, bo boję się diagnozy”. W takich momentach żałuję, że nie mogę przez ekran komputera złapać Was za rękę i zaciągnąć do lekarza.

Ja to poniekąd rozumiem. Diagnoza nie jest niczym przyjemnym, do lekarza raczej też nikt nie idzie z radością, ALE:

Po pierwsze – niekoniecznie to, o co się martwicie musi okazać się nowotworem, oczywiście, że może tak być, ale nie musi.

Po drugie – jeżeli to jest nowotwór, to na początku POŁOWA sukcesu to wczesne wykrycie!!!!!!!! Wiele nowotworów na wczesnych etapach można wyleczyć kompletnie!

Po trzecie – strach ma wielkie oczy, tak naprawdę nie tylko diagnoza jest tym elementem „straszącym” ale wizja leczenia, chemioterapii, wypadające włosy, wymiotowanie, śmierć, a raczej świadomość tych wszystkich rzeczy. Przede wszystkim nie zapominajmy, że nowotwór nie oznacza zawsze chemioterapii! Wiele nowotworów leczy się chirurgicznie i koniec, niektóre tylko radioterapią, niektóre tylko hormonami.

No właśnie śmierć. Bojąc się diagnozy, boi się człowiek właśnie tej świadomości, że gdzieś tam z tyłu głowy pamięta się, że nowotwory złośliwe są na tyle niebezpieczne, że konsekwencją może być faktycznie śmierć, nie ma co owijać w bawełnę. Tu kolejne ALE: MNÓSTWO nowotworów można całkowicie wyleczyć właśnie na wczesnych etapach wykrycia. Zawsze im wcześniej tym lepiej! Dlatego tak ważne jest, że w momencie, w którym zauważycie coś u siebie czy u Waszych bliskich, co Was niepokoi od razu wybierzcie się do lekarza, zróbcie podstawową morfologię krwi z rozmazem, CRP, OB – to nie są drogie badania, a mogą wiele powiedzieć. Nie będę już Wam pisać, że nie możemy dać się zwariować, bo niestety ale coraz więcej jest przypadków nowotworów, musimy o tym pamiętać, bo lepiej nie będzie – powietrze, woda, gleba będą coraz bardziej zanieczyszczone, ludzie nie przestaną palić papierosów, pić nadmiernych ilości alkoholu, to jest fakt i z tym nic nie zrobimy, jedyne co możemy zrobić to obserwować swój organizm i badać się profilaktycznie.

Październik jest miesiącem świadomości raka piersi. Rak piersi występuje u 1 na 8 pacjentek (poprawcie mnie, jeśli się mylę, to informacja z książki do genetyki, może być nieaktualna), o tym kiedy zostanie wykryty decyduje albo pacjentka, albo przypadek. Naprawdę dziewczyny, badajcie się, raz w miesiącu samobadanie piersi, raz na rok morfologia z CRP i OB, USG piersi. Często też w piersiach można wyczuć różne niegroźne torbiele, dlatego bez paniki, po to właśnie robi się USG, chodzi do ginekologa. W tym poście znajdziecie kilka słów o badaniach profilaktycznych (nie tylko raka piersi), a poniżej wstawiam przydatny obrazek, na którym wyraźnie pokazane jest co może nas zaniepokoić w samobadaniu piersi:

_93553780_knowyourlemonsdotcom-12signs.png
źródło: http://www.bbc.com/news/health-38609625

Proszę też pamiętać, że rak piersi występuje także u mężczyzn – jest to bardzo mały procent, ale jest to możliwe, szczególnie u panów z ginekomastią.

Jeśli chodzi o badanie piersi – ja się badam zawsze pierwszego dnia nowego miesiąca. Może czas wprowadzić sobie taką rutynę w życie?

Teraz już do wszystkich – niezależnie od płci, niezależnie gdzie pojawiła się jakaś zmiana, która Was niepokoi – idźcie do lekarza, lekarz jest od tego, żeby Wam pomóc. Nikt Was nie wyśmieje, nie powie czegoś niemiłego, tylko będzie się starał pomóc.

BADAJCIE SIĘ!

Jak poradziłam sobie z życiem po chorobie?

Skończyłam leczenie w połowie czerwca więc właściwie mój „staż” życia po chorobie jest bardzo krótki, jednak już w tym czasie zdążyło się wiele wydarzyć.

Kiedy skończyłam radioterapię, nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Przez ostatni rok żyłam od chemii do chemii, od radioterapii do radioterapii, cały czas miałam jakieś (niezbyt przyjemne) zajęcie, coś po prostu się działo. Skończyło się leczenie i nagle… pustka. Nie dość, że wszystko kojarzyło mi się z chemioterapią – mój pokój, dom, miejsca, które odwiedzałam w tym czasie, to jeszcze po prostu nie miałam nic konkretnego do roboty. Nie wiem jak Wy, ale ja jestem osobą, która jak nie ma urwania głowy, to nie jest w stanie się zorganizować. Oczywiście nie mogłam sobie pozwolić na wszystkie czynności jakie chciałam – na początku moja kondycja pozostawiała wiele do życzenia, więc musiałam dawkować każdy rodzaj wysiłku fizycznego. Zaczęłam po prostu od spacerów i… robienia sobie posiłków. Potem coraz dłuższe spacery i już kondycja powoli się polepszała. Nadal nie ma fajerwerków, ale wiem, że do tego trzeba czasu i muszę być cierpliwa.

Jednak słaba kondycja nie była jedynym problemem. Większym problemem była psychika. Borykałam się z chemobrain’em, z zapachami i smakami kojarzącymi mi się negatywnie, nie wiedziałam jak wrócić do normy. Przez jakiś czas spędzałam dni na leżeniu w łóżku, patrzeniu w sufit, ewentualnie oglądaniu filmów. Rozmawiałam z onkologami i każdy powiedział mi, że to zupełnie normalnie. Czułam się fatalnie i okazało się, że to się bardzo często zdarza, że nawet gorzej znosi się czas PO leczeniu niż w trakcie (psychicznie). Musiałam coś z tym zrobić. Wiedziałam, że coś, co postawi mnie na nogi, to studia. Niestety do października było jeszcze daleko ale znalazłam inne rozwiązanie. Na szczęście w trakcie miesiąca, który spędziłam na 3 roku studiów, zdążyłam zaliczyć jeden z przedmiotów, co oznaczało, że pozostało mi tylko zdać egzamin. Dzięki uprzejmości władz uczelni oraz kierownika zakładu, mogłam we wrześniu podejść do tego egzaminu. W sierpniu zaczęłam zakuwać, a we wrześniu zdałam egzamin – stąd też moja nieobecność tu. Oczywiście po drodze nie obyło się bez problemów – prawie rok bez nauki dał się we znaki. Na początku nie byłam w stanie się skoncentrować, wszystko wylatywało mi z głowy i zanim coś zapamiętałam, musiałam 5 razy przeczytać jeden akapit. To wprawiło mnie znowu w zły humor, było mi przykro, że własny organizm się mnie nie słuchał, jednak stwierdziłam, że nie dam tak łatwo za wygraną. Siedziałam nad książkami i czytałam kilka razy to samo, aż w końcu się udało, zaczęłam wszystko zapamiętywać bez większych problemów. Nauka do egzaminu zajęła mi więcej niż zwykle, ale wszystko zakończyło się sukcesem. Okazuje się, że moja pierwsza w życiu „kampania wrześniowa” doprowadziła mnie do porządku.

Jak widzicie, poza dobrym samopoczuciem fizycznym bardzo ważne jest dobre samopoczucie psychiczne – tu apel do bliskich osób po leczeniu onkologicznym, bo często ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, jak ważna jest psychika.

Celem tego posta nie było namówienie Was na kampanię wrześniową, haha, bo to nie jest zbyt fajne uczucie, tak w normalnych warunkach, bez choroby, bo cały czas siedzi z tyłu głowy, że coś jest niedokończone i może to zaburzyć wakacyjny spokój. Chodzi tu bardziej o to, żebyście nie bali się wrócić do pracy, szkoły, na uczelnię, czy po prostu do zajęć sprzed choroby. Na początku może być trochę ciężko, bo leczenie onkologiczne się ciągnie i można się odzwyczaić od wielu rzeczy, ale uwierzcie mi, że warto – poczujecie się po prostu… zdrowi.

Może odbierzecie tego posta jako coś zupełnie oczywistego, ale po sobie i po rozmowach z Wami widzę, że w sytuacji choroby nie ma nic oczywistego.

Kochani, w związku z rozpoczynającym się niedługo rokiem akademickim, muszę Was poinformować, że będę tu rzadko. Nauka jest dla mnie aktualnie najważniejsza, muszę skupić się głównie na tym. Oczywiście będę tu wracać, jednak nie chcę też pisać byle jakich postów, dlatego proszę Was o cierpliwość, moje leczenie się zakończyło, ale wiem jak wiele daje Wam mój blog, mimo tego, że to tylko słowa, dlatego chcę kontynuować pisanie tu, ale przemyślane. Mam nadzieję, że mi wybaczycie wiele nieobecności. Oczywiście na maile i wiadomości odpisuję, więc śmiało możecie pisać – z pytaniami, sugestiami, czy po prostu jeśli macie potrzebę się wygadać.

Miłego dnia!

Co trzeba wiedzieć przed rozpoczęciem leczenia?

Wiele myśli się kłębi w głowie kiedy przychodzi diagnoza, wiele pytań, na które odpowiedzi czasami nie dostaniemy, bo tyle się dzieje że często po prostu zapominamy zapytać.

  1. Są różne metody leczenia. Nowotwór nie równa się chemioterapia. Są nowotwory których leczenie kończy się na leczeniu chirurgicznym, czy radioterapii. Czyli tak z grubsza metody to: chemioterapia, radioterapia, leczenie chirurgiczne (wycięcie zgreda), leczenie hormonalne, przeszczepy. Czasami wystarczy jedna metoda, czasami trzeba „zmieszać” kilka.
  2. Chory i jego rodzina mogą skorzystać z pomocy psychologa w szpitalu.
    Są pewne wytyczne do leczenia ale to lekarz ostatecznie decyduje jaka będzie dawka, jak długie będzie leczenie itp., decyzja ta jest oczywiście uzasadniona wszelkimi informacjami dotyczącymi pacjenta – jest po prostu pod pacjenta „dobrana” metoda, dlatego nie ma co się przejmować jak ktoś z identycznym nowotworem był leczony troszkę inaczej.
  3. Leczenie onkologiczne nie oznacza wieczności w szpitalu. Są oczywiście metody leczenia które wymagają długiego pobytu w szpitalu (przeszczepy, niektóre rodzaje chemioterapii).
  4. Włosy odrosną. Naprawdę. Mam na to niezbity dowód – jest on u mnie na głowie 😉 gdybym miała cofnąć się w czasie, to zamiast ścinać włosy na krótko, od razu bym zgolila na 0. WIECIE JAKIE TO WYGODNE?! Haha
  5. Trzeba na siebie uważać! Większość rodzajów terapii onkologicznej wiąże się z obniżeniem odporności. Oznacza to, że w trakcie leczenia po pierwsze – dużo łatwiej jest złapać jakaś infekcje, a po drugie – ciężej niż normalnie się ją przechodzi. Ograniczać kontakt jeśli ktoś jest chory (ja wprost pytałam się, jeśli ktoś miał mnie odwiedzić, czy nie jest przeziębiony, znajomi i bliscy muszą zrozumieć), jeśli macie kontakt z większą ilością ludzi, np. w pracy, czy na zakupach, warto zaopatrzyć się w maseczki chirurgiczne jednorazowe – nie jest to panaceum i nie ochroni przed wszystkim, ale zawsze to nawet mała forma ochrony.
  6. Choroba nie oznacza, ze trzeba leżeć w łóżku 24/7. Trzeba się troszkę ruszyć, chociaż mały spacer, nawet na balkon i z powrotem, aktywność fizyczna jest bardzo ważna w trakcie leczenia – to świetny sposób na bezsenność (krótki spacerek przed snem i macie problem z głowy), na słaby apetyt, a co najważniejsze, poprawia to jeszcze humor, Ameryki nie odkryję jak napiszę, że sport powoduje wydzielanie endorfin, czyli hormonu szczęścia w organizmie – więc dlaczego by nie skorzystać?
  7. Brak włosów i nudności to nie jedyne skutki uboczne chemii. Tego jest duuuuuuużo więcej i trzeba działać profilaktycznie. Ja najbardziej żałuję, że nie wiedziałam, że aż takie problemy z jamą ustna mogą być w trakcie leczenia. Długo się męczyłam zanim udało mi się znaleźć coś co na mnie działało.
  8. Trzeba zaopatrzyć się w duży segregator. Serio, teczka nie wytrzyma, tych skierowań, wypisów, badań jest tyle, że ja przez niecały rok zapełniłam kompletnie swój segregator, a mam w formacie A4. Ten segregator warto mieć zawsze ze sobą w szpitalu czy na wizycie, bo nigdy nie wiadomo czy o coś lekarz nie poprosi.
  9. Trzeba słuchać się swojego organizmu. W trakcie leczenia czasami (szczególnie w dniu chemii i tak z 2-3 dni po), leżąc w łóżku głowa myślała, że normalnie mogę góry przenosić, miałam ochotę zejść do kuchni, zrobić ciasto, herbatkę, a tymczasem zmieniałam pozycje z leżącej na siedząca i już się okazywało, że nie wiem, czy dojdę chociaż do łazienki. Oczywiście to mijało, bo mając 2 tygodnie przerwy między wlewami, ten „pierwszy tydzień” był fatalny, większość czasu spędzałam w łóżku, a na spacery musiała zmusić mnie mama, natomiast „drugi tydzień” to zupełnie inna bajka. Bywały momenty, że zapominałam, że jestem chora.

To takie proste kilka rzeczy, a naprawdę w momencie diagnozy, przed leczeniem się o tym nie zawsze myśli, a mogą te punkty rozwiać pewne obawy. A co Wy dodalibyście do listy? 🙂

Akcja regeneracja

Po chwili przerwy wracam!

Nie było mnie tu ponad 2 tygodnie, ale to dlatego, że w weekend mój brat miał ślub i jako świadkowa musiałam odrobinę się zaangażować w przygotowania.

Powiem Wam, że albo nastąpiła turbo regeneracja, albo po prostu emocje i adrenalina sprawiły, że bawiłam się najlepiej na świecie. Zdarzały się momenty oczywiście, że musiałam szybciej usiąść i odpocząć między tańcami, ale ogólnie – balowaliśmy do 5 rano, trochę szkoda, bo ja miałam siłę na więcej, haha!

Regeneracja po leczeniu trwa dosyć długo, trzeba słuchać się swojego organizmu, nie przesadzać – lepiej odpocząć na ławce czy krześle niż zemdleć w czasie tańca, czy spaceru. Siły nie przybędą w moment, o tym trzeba pamiętać, ale jak już przyjdą… uwierzcie mi, poczujecie się tak szczęśliwi, że możecie skakać, tańczyć, śpiewać, po prostu czuć, że żyjesz. Cudowne uczucie. Wiem, że to nadal nie jest 100% możliwości mojego organizmu, ale jeśli to jest tylko jakiś mały procent to ja się boję co będzie jak osiągnę maximum, przecież moja energia cały dom rozniesie, haha!

Naprawdę czuję się niesamowicie dobrze, nawet lepiej chyba niż przed chorobą. Życzę każdemu z Was, żebyście szybciutko i porządnie zregenerowali swój organizm, żebyście mogli tak jak ja tańczyć boso (uważajcie, bo ja sobie zbiłam małego palca i mam całą siną stopę, haha, więc może lepiej w butach) i śpiewać na imprezach do białego rana.

Miłego dnia!

Włosy włosy włosy…

…nie ręka, odrosną.

To prawda, odrastają, jak szalone, każdy w inną stronę, haha.

Był post o tym, jak ścinałam i zgoliłam włosy, o tym jak się z tym uporałam psychicznie, ale zorientowałam się, że nie wiele pisałam o tym co się działo się z włosami po chemii!

Na początek – pół żartem, pół serio – etapy odrastania włosów po chemii:

Etap nowonarodzonej pandy.
Tak nazywam pierwszy etap odrastania włosów. Mi zaczęły odrastać jeszcze w trakcie chemii, ale nie ma na to reguły – włosy mogą zacząć odrastać po prostu kiedy chcą, dlatego spokojnie, cierpliwości. Warto zaznaczyć, że nie wypadną drugi raz (chyba, że na chemii się nie kończy i np. radioterapia obejmuje głowę i szyję). Włosy rosną nierównomiernie i nie ma tu mowy o układaniu się. Są milusie w dotyku i jak ktoś pogłaszcze, to nie będzie chciał przestać. Poniżej zamieszczam zdjęcie z porównaniem, żebyście wiedzieli, dlaczego nowonarodzona panda.

nowonarodzona panda
Luty

 

Etap kiwi.
Żałuję, że do zdjęcia nie przykleiłam sobie naklejki z kiwi, bo wtedy byłoby to lepiej widać. Włosy powoli się zagęszczają i uwierzcie mi, że od pierwszego do drugiego etapu mija bardzo mało czasu, u mnie różnica między nowonarodzoną pandą a kiwi to miesiąc. Nieźle co? Na tym etapie śmigałam już bez peruki zupełnie. Po pierwsze za gorąco, a po drugie głowa swędzi niesamowicie.

kiwi
Marzec

 

Etap ulizany.
Na tym etapie włosy w końcu zaczęły formować się w jakąś normalną całość. Były jeszcze króciutkie na tyle, że były najprostsze do okrzesania ze wszystkich etapów.

Processed with VSCO with s3 preset
Kwiecień

 

Etap kędzior.
Trwa u mnie właściwie od 4 miesiąca odrastania włosów. Włosy robią się coraz dłuższe, nie są już takie łatwe do ułożenia, przy uszach i z tyłu mi się śmiesznie zakręcają, stąd nazwa etapu „kędzior”. Kędziora zlikwidowałam leciuuuutko podcinając włosy u fryzjera.

kędzior
Maj. Włosy same tak mi się ułożyły, przysięgam! haha

 

Etap kita.
Etap kędzior trwał w sumie razem z etapem kitą, włosy po bokach są coraz dłuższe, ALE włosy na czubku głowy jeszcze dłuższe, dlatego zaszalałam i zrobiłam sobie kitkę. Udało się. A efekt prezentuje się tak…

IMG_2833
Lipiec

Etap fryzjer.
Taki etap raczej nadchodzi mimo tego, że chcemy najczęściej, aby nasze włosy były jak najdłuższe, no ale nie ma na to siły, te kędziory i niemożliwe czasami do ogarnięcia włosy wołają aż o pomoc fryzjera, dlatego warto jest się do niego wybrać. Poproście o radę, powiedzcie, że chcecie zapuścić włoski, podpytajcie jak to zrobić, żeby jednocześnie nie wkurzać się co chwilę na te etapy przejściowe. Ja uzyskałam takie podpowiedzi: podcinać co jakiś czas boki i tył, w momencie w którym już zaczynają przeszkadzać, zapuszczać bardziej górę. W momencie kiedy włosy u góry osiągną ok. 8-10 cm, już można zapuszczać resztę, bo góra raczej przykryje dół na tyle, że będzie to wyglądało dobrze. U mnie etap fryzjer prezentuje się tak:

IMG_3108
Sierpień

Dodatkowo jeszcze małe zestawienie moich fryzur od kompletnej łysinki (wybaczcie, nie mam lepszego zdjęcia haha), aż do pokąpielowego Danzela.

zestawienie

 

„Co stosujesz, że rosną jak szalone?”
Czyli pytanie które dostaję przynajmniej raz na dwa dni. Zacznę od tego, że tak naprawdę nie rosną jak szalone – włosy rosną od 1 do 1,5 cm na miesiąc, to wydaje się, że rosną jak szalone, bo po prostu ten przyrost bardziej widać niż przy długich włosach.

Generalnie, żeby zadbać trochę o włosy stosuję szampon i tonik Hair Medic – to takie produkty do włosów, które są ziołowe, ale przy tym super działają na włosy. To droga zabawa (nie pamiętam jak to wygląda dokładnie cenowo, wszystkie info znajdziecie na stronie), ale wydaje mi się, że faktycznie troszkę może większy jest przyrost włosa dzięki tonikowi, ale przede wszystkim włosy są bardzo odżywione i milusie w dotyku. Czy to zasługa natury czy szamponu i toniku? Nie wiem i nie odpowiem Wam na to pytanie, bo nie miałam drugiej szansy, żeby sprawdzić jakby włosy sprawdziły się bez tych produktów. Z tego co widziałam na różnych blogach, na których autorki mogły przetestować skuteczność tych produktów na długich włosach, to faktycznie widać było różnicę, włosy wyglądały dużo lepiej. Ja stosuję te produkty właściwie od kiedy mi zaczęły odrastać włosy i stosuję cały czas.

Kolejnym specyfikiem, który zaczęłam stosować, ale przez ciągłe wyjazdy musiałam przystopować, to… drożdże. Tak, dobrze czytacie, drożdże. Jedna z makijażystek wspomniała o tym na swoim instagramie i stwierdziłam, że spróbuję. Drożdże ponoć sprawiają, że włosy mogą rosnąć przynajmniej 2 razy szybciej. Brzmi zachęcająco prawda? Ja stosowałam tę kurację tydzień, może dwa, więc ciężko stwierdzić, czy działa, ale wiele osób poleca. Teraz o co chodzi. Te drożdże się po prostu pije. Smak jest obrzydliwy, chociaż niektórzy lubią jeść drożdże (co jest bardzo niezdrowe jeśli są one surowe). Znalazłam kilka przepisów, ale ten który ja stosowałam wyglądał następująco:
25g świeżych drożdży zalewałam ok. 150-200ml WRZĄCEJ wody, wymieszać. Należy odczekać aż drożdże ostygną. KONIECZNE jest to, żeby woda była wrząca, bo drożdże trzeba po prostu zabić. W innym przypadku drożdże mogą fermentować w naszym układzie pokarmowym, co może skutkować nieprzyjemnościami ze strony tego układu. Ważne jest także, żeby drożdże były świeże (nieprzeterminowane). Jeśli po jakimś czasie na tym roztworze pojawi się piana – broń Boże nie pić, jeśli po wypiciu będziecie mieli jakieś dolegliwości, nie kontynuujcie picia tego. Ponieważ smak jest okropny, ja po ostygnięciu dolewałam sobie sok z malin albo porzeczki, wtedy dało się w miarę to wypić. Teraz jestem na dłużej w domu, więc wracam do kuracji 🙂

Spodziewajcie się tego, że włosy po chemii odrastają dużo silniejsze i ładniejsze! Jeśli chodzi o przedłużanie, to jest możliwe jedynie jeśli włosy u góry mogą przykryć łączenia, czyli z reguły to ok. 10cm. Poza tym z tego co wiem, nie można mieć za długich, bo po prostu doczepki się ześlizgują. Pamiętajcie, że macie niepowtarzalną okazję sprawdzić jak będziecie wyglądać w KAŻDEJ długości włosów 🙂 Ja po pierwszej konsultacji odnośnie przedłużania włosów wybuchłam płaczem, zupełnie niepotrzebnie, no ale tak było, dlatego teraz po przemyśleniu sprawy stwierdziłam, że tak miało po prostu być i trzeba korzystać z tego, co mamy!

Z tego co wiem są jeszcze różne preparaty czy to na włosy bezpośrednio czy w tabletkach, ale nie używałam takich dlatego nic o tym nie piszę, tu liczę na Was – piszcie w komentarzach Wasze sprawdzone sposoby.

Poniżej wstawiam Wam kilka moich inspiracji. Te zdjęcia przeglądam w momentach kiedy bardzo mi tęskno za długimi włosami. Na szczęście teraz bardzo dużo kobiet ma króciutkie włosy, co podnosi nieco na duchu, bo nie jesteśmy w tym same. 🙂

Zrzut ekranu 2017-08-01 o 23.18.04Zrzut ekranu 2017-08-01 o 23.18.21Zrzut ekranu 2017-08-01 o 23.18.484fe096ddd9451e05805bffb9fb7b8953Zrzut ekranu 2017-08-01 o 23.19.47Zrzut ekranu 2017-08-01 o 23.20.22fba00f60d2fb2cf8696949df17a7cdb5--cute-short-haircuts-pixie-haircuts

 

Zalegizować marihunaen – a komu to potrzebne? a dlaczego?

Tytuł to oczywiście cytat klasyka, kto nie zna, może obejrzeć TU.

Ostatnio w polityce wrzeeeee oj wrze, ale tu nie do końca o polityce. Otóż niedawno przeszła ustawa, która umożliwia zakup tzw. medycznej marihuany w polskich aptekach. Preparaty te mają pochodzić z innych krajów, w Polsce nie będzie nagle plantacji marihuany. Bardzo długo wahałam się, czy poruszyć na blogu ten temat, czy nie,  ale teraz stwierdziłam, że czas najwyższy. Skoro ma być marihuana dostępna w Polsce, to może spróbuję wytłumaczyć mniej więcej co i jak. Mniej więcej, bo to nadal trochę temat tabu. Post będzie dotyczył działania marihuany u pacjentów chorych na nowotwory. Zanim ocenisz, proszę przeczytaj do końca.

Czym jest marihuana?
To roślina, która pochodzi z centralnej Azji, ale obecnie hoduje się ją w wielu krajach świata. W tej roślinie zawarte są substancje, o które wszystko się rozchodzi – kannabinoidy. Niektóre kannabinoidy są psychoaktywne (oddziałują na ośrodkowy układ nerwowy, wpływają na mózg skutkując czasowym zmianom świadomości, zachowania itp.)

Kannabinoidy
Kannabinoidy to aktywne chemicznie substancje, które działają na wiele układów organizmu, przede wszystkim – na ośrodkowy układ nerwowy i układ odpornościowy.
Zanim przejdę do kannabinoidów zawartych w marihuanie, zacznę od czegoś, co mamy w sobie. Tak, mamy w sobie kannabinoidy i nazywają się po prostu… endokannabinoidami. Takim endokannabinoidem jest na przykład anandamid (wiem, dużo tych enów, anów itp. haha) – wydzielany jest w czasie snu i relaksu, a jego niskie stężenia sprzyjają podtrzymaniu ciąży. Jeśli jakiś związek jest u nas w organizmie, to znaczy, że są też dla niego receptory – które mogą współpracować też z kannabinoidami spoza naszego organizmu (receptory w naszym organizmie to CB1 – w ośrodkowym układzie nerwowym, CB2 – w układzie odpornościowym, niewiele w OUN).
W marihuanie rodzajów kannabinoidów jest dużo, ale dwa główne to THC (psychoaktywny) i CBD (nie jest psychoaktywny, łagodzi ból i zmniejsza stan zapalny). Każdy kannabinoid ma jakieś pozytywne działanie, natomiast dobrze jest kiedy kilka współdziała ze sobą. W preparatach dostępnych w aptekach są różne zawartości kannabinoidów – np. w preparacie może być większa ilość CBD niż THC, przez co niekoniecznie po zażyciu preparatu musi być efekt psychoaktywny, czyli z polskiego na nasze: nie musi być obecny „haj”.

Inne możliwe efekty kannabinoidów to:

  • działanie przeciwzapalne,
  • hamowanie wzrostu komórek nowotworowych,
  • hamowanie tworzenia naczyń zaopatrujących guzy nowotworowe,
  • i dużo, dużo więcej.

Ale o tym dokładniej już dalej…

Działanie przeciwnowotworowe
Badania przeprowadzane są niestety głównie na zwierzętach. Póki co te badania dotyczyły np. raka piersi, raka płuc a także glejaka wielopostaciowego. Badania wykazały, że faktycznie kannabinoidy (zarówno THC jak i CBD) mogą hamować wzrost guza, na kilka sposobów – zabijają komórki guza, hamują wzrost nowych komórek nowotworowych, hamują powstawanie nowych naczyń krwionośnych zaopatrujących guza, przez co guz nie może się dalej rozwijać.

W niektórych badaniach uważa się, że kannabinoidy mogą powodować, że chemioterapia będzie bardziej efektywna (np. w przypadku glejaka).

Działanie stymulujące apetyt
W tym przypadku większą rolę przejmuje THC (ale także inne kannabinoidy) – stymuluje on apetyt. Jest to niesamowicie ważne przy leczeniu onkologicznym – doskonale wiem, jak słabo może być z apetytem w czasie leczenia. Przez brak apetytu nie ma siły na walkę z chorobą, dlatego możliwość otrzymania preparatów z marihuany w Polsce może naprawdę pomóc pacjentom.

Zmniejszanie bólu
Jedna z ważniejszych rzeczy, ponieważ ból towarzyszy w przypadku większości nowotworów i ich leczeniu. Nieraz zwijałam się z bólu, a mocne środki przeciwbólowe nie dawały sobie rady. Oczywiście mamy super mocne leki typu morfina, ale jest trochę jej skutków ubocznych – między innymi okropne mdłości, które przy leczeniu onkologicznym i tak już doskwierają pacjentom. Morfina niestety może także bardzo uzależniać. Z tych powodów marihuana, która ma w porównaniu z taką morfiną mniej skutków ubocznych (o tym zaraz), może przydać się w leczeniu onkologicznym.

Ogromnym plusem jest to, że kannabinoidy działają na wielu poziomach drogi przekazywania bólu. Ponadto mogą one działać na elementy związane z odpowiedzią przeciwzapalną, co może też wiązać się ze zmniejszeniem bólu.

W czasie chemioterapii może występować także neuropatia, szczególnie w przypadku leczenia paklitakselem, winkrystyną i cisplatyną. Kannabinoidy wykazały także działanie na ten typ dolegliwości.

Ważne jest także to, że kannabinoidy mogą zmniejszać zarówno ból przewlekły jak i ból ostry.

Nudności i wymioty
Jeden z częstszych skutków ubocznych chemioterapii. Tu także THC przejmuje główną rolę w działaniu, ale oczywiście działanie przeciwwymiotne dotyczy też innych kannabinoidów. Jest to związane z interakcją z serotoniną.

Bezsenność i stany lękowe
Tym razem główną rolę przejmuje tu CBD, szczególnie w przypadku stanów lękowych.

To wszystko oczywiście jest dużo bardziej skomplikowane, na końcu posta w „źródłach” będziecie mogli przeczytać więcej – szczególnie czytelnicy, którzy studiują kierunki medyczne.

Bardzo ważny jest fakt, że marihuany NIE DA się przedawkować – jest to spowodowane tym, że receptory dla kannabinoidów nie są obecne w rdzeniu przedłużonym, czyli tam, gdzie znajdują się ośrodki oddychania i pracy serca. Opioidy, czyli np. morfina, kodeina, posiadają receptory w tych miejscach, dlatego ich użycie wiąże się z ryzykiem przedawkowania.

Żeby nie było tak kolorowo, niestety marihuana też ma skutki uboczne. Jest kilka form przyjmowania kannabinoidów – w formie doustnej (np. z jedzeniem, babeczki czy ciasteczka), w formie palenia, a także w formie spray’u pod język. Jednym ze skutków ubocznych jest działanie psychoaktywne – niektórym może ono odpowiadać, ale innym przeszkadza – niezależnie od opinii, nie jest to najgorszy skutek uboczny. Gorszym jest np. śródmiąższowe zapalenie płuc – dotyczy pacjentów palących marihuanę, nie jest ona aż tak szkodliwa jak papierosy, które mogą powodować szereg niebezpiecznych chorób, w tym nowotwory, ale w przypadku pacjentów, którzy mają obniżoną odporność, śródmiąższowe zapalenie płuc może być bardzo niebezpieczne. Dużym problemem jest także możliwość uzależnienia – jest na pewno dużo mniejsza niż w przypadku np. opioidów. Kolejnym minusem jest fakt, że marihuana może wpływać negatywnie na pamięć i funkcje poznawcze – bardzo dużo receptorów dla kannabinoidów jest w hipokampie, czyli miejscu odpowiedzialnym za pamięć.

Jak widać marihuana nie ma tylko pozytywnego działania, dlatego trzeba pamiętać o tym, żeby zachować umiar, ale wierzę, że dostępność produktów z kannabinoidami pomoże wielu pacjentom, którzy walczą z różnymi chorobami, bo dobre działanie marihuany może ujawniać się w przypadku takich chorób jak nowotwory, padaczka, stwardnienie rozsiane, astma. Wszystko jest dla ludzi, ale naprawdę, umiar to coś niesamowicie ważnego, w wielu aspektach życia.

Z tego, co wyczytałam na zagranicznych blogach osób stosujących marihuanę w czasie leczenia onkologicznego, to marihuana działa naprawdę szybko. Ból znika po kilku sekundach, a jeśli ktoś przyjmuje marihuanę w formie np. babeczek, efekt podobno może trwać nawet KILKA DNI! To jest niesamowite i mam nadzieję, że prawdziwe, bo jeśli tak, to naprawdę wielu pacjentów może mieć łatwiej, lżej. Doskonale wiem, jaki to jest ból, jak okropne są te nudności, pamiętam, że ja musiałam faszerować się lekami przeciwbólowymi, przeciwwymiotnymi, co było błędnym kołem, bo leki przeciwbólowe chociażby negatywnie wpływają na żołądek, co skutkuje znowu bólem – czyli zupełny bezsens. Dzięki marihuanie może być tak, że takiego błędnego koła nie będzie.

Oczywiście to, że marihuana będzie dostępna w Polsce, nie oznacza, że każdy lekarz będzie szastał receptami na prawo i lewo. Jest coś takiego jak drabina analgetyczna, 3 stopniowa, na której szczycie stoją opioidy, typu morfina. Tą drabiną posługują się lekarze i szczerze mówiąc jeszcze nie wiem, w którym miejscu znajdzie się marihuana, może Wy macie jakieś przecieki? 😉

Jest to kontrowersyjny temat, ponieważ wiele osób na świecie stosuje marihuanę w celach rekreacyjnych niestety i przez to istnieje negatywna opinia na temat marihuany. Poza tym, nigdzie w Polsce nie widziałam, żeby ktoś opowiedział o marihuanie OBIEKTYWNIE (a nikt sam z siebie raczej nie docieka), bo opinie przeciwników i zwolenników chyba znamy wszyscy. Przeciwnicy krzyczą na zwolenników, że są ćpunami, a zwolennicy zakrywają się różnymi argumentami. Mam nadzieję, że ten post trochę przybliży Wam temat marihuany stosowanej w medycynie i że niedługo będzie dostęp do większej ilości badań i opinii.

Źródła: